Wywiad z opiekunem szopki, Januszem Rybą
- Feb 7
- 15 min read

,,Szopka zawsze jest tworzona przez uczniów dla uczniów” - mówi w wywiadzie pan profesor Janusz Ryba, wieloletni opiekun Szopki Nowodworskiej. Rozmawialiśmy o roli opiekuna, najlepszychwspomnieniach związanych z szopką, granicy dobrego smaku i radach dla Szopkowiczów na przyszłość.
A.C.: Bardzo dziękuję za zgodę na przeprowadzenie wywiadu. Chciałabym zacząć od tego, jak Pan zareagował, kiedy po raz pierwszy usłyszał o Szopce Nowodworskiej?
J.R.: O szopce wiedziałem niewiele. Nie jestem absolwentem tej szkoły, wiedziałem tylko, że takie wydarzenie się odbywa. Pierwszy raz zobaczyłem szopkę w 2011 r. jako początkujący nauczyciel, przydzielony do opieki nad klasą oglądającą przedstawienie. Pierwsze wrażenia były pełne zachwytu. Byłem pod wielkim wrażeniem tego, jak profesjonalnie jest organizowane to wydarzenie, że składają się na nie sekcja muzyczna, fantastyczne dekoracje, a przede wszystkim, że panuje ogólnie przyjęte przyzwolenie na to, że nauczyciele są w niej przedstawiani z przymrużeniem oka i na żarty ze szkolnej rzeczywistości. Tym bardziej, że z tego co pamiętamszopka z 2011 r. była dość ostra. Była to również szopka mocno osadzona w realiach naszej szkoły i tego, co dzieje się na lekcjach, co jest jednym z typów szopki - bo gdybyśmy prześledzili całą historię tego wydarzenia to odkrylibyśmy, że ma kilka podtypów. Zachwyciłem się od pierwszego momentu. Ale nie pomyślałem, że kiedyś będę jej opiekunem. Tak się życie potoczyło.
A.C.: Jak Pan nim został?
J.R.: Stało się to w 2011r. przez podstęp ówczesnego głównego opiekuna szopki, pana profesora Mateusza Skuchy, który przez wiele lat uczył polskiego. Aktualnie pracuje tylko na uniwersytecie. A ponieważ całkiem dobrze się dogadywaliśmy, pan profesor Skucha zapytał, czy nie chciałbym dołączyć do grona nauczycieli zajmujących się szopką. Wtedy był to zespół całkiem spory, około pięcioosobowy. Dołączyłem jako kolejny nauczyciel, który był potrzebny przede wszystkim do nadzorowania prób. Bywają intensywne, więc im większa grupa opiekunów, tym lepiej. A czasy były wtedy trudne.
A.C.: Dlaczego były trudne?
J.R.: Ze względu na nieprzychylność ówczesnej dyrekcji. Szczególnie ówczesna pani wicedyrektor miała bardzo sceptyczne podejście do idei szopki.
A.C.: Jak to się stało, że został Pan opiekunem na dłużej?
J.R.: Sam nie wiem. Każda kolejna szopka miała być moją ostatnią. Ale pan Skucha przestał pracować w szkole i z jakiegoś powodu zostałem okrzyknięty głównym opiekunem. Jednak teraz też mogę zapowiedzieć, że ta w 2025 roku była moją ostatnią śmiech
A.C.: Czy przejmując funkcję od pana profesora Skuchy, otrzymał Pan jakieś wskazówki?
J.R.: Chyba nie ma wskazówek. Każda szopka rozwija się dzięki pewnej sile dynamiki grupy. Zależy od uczniów, którzy tą szopkę tworzą. Każda z ekip szopkowych była wyjątkowa, wspaniała i każdą wspominam tak samo dobrze. Zawsze stoję na stanowisku, że szopka jest inicjatywą przygotowywaną od początku do końca przez uczniów dla uczniów. Nauczyciele i opiekunowie są w nią zaangażowani, bo muszą, wynika to z przepisów. Młodzież nie może przebywać na terenie szkoły bez opieki. Nauczyciele sprawują więc tę opiekę i są takim pierwszym sitem, powiedzmy, cenzurującym - choć ja nie przepadam za słowem ,,cenzura”, bo nie chodzi o nią. Pełnimy także funkcję pośredniczącą pomiędzy uczniami a radą rodziców, dyrekcją i innymi nauczycielami, co jest najbardziej niewdzięcznym elementem naszej pracy, ponieważ spełniamy rolę pewnego katalizatora emocji, które czasem z powodu szopki się pojawiają.
A.C.: No właśnie, co Pan najbardziej lubi w życiu opiekuna, a co najmniej?
J.R.: Uwielbiam samą ideę szopki. Ten koncept, że coś takiego powstało w szkole i to w tak specyficznych czasach, jakimi były lata pięćdziesiąte. Z całą pewnością był to okres znacznie trudniejszy dla szkoły i dla uczniów niż dzisiaj. Zachwyca mnie, że szopka trwa od tylu lat, niezależnie od tego, że zmieniają się dyrektorzy, nauczyciele i uczniowie. Ta idea wciąż jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Lubię ją również za bliższy kontakt z uczniami. Ja generalnie lubię uczniów. Może to dziwne, ale tak jest śmiech
Cenię naszą szkołę za wiele rzeczy, ale najbardziej za dwa elementy mojej pracy - szopkę i pracę z olimpijczykami. Obydwie te aktywności, choć na pierwszy rzut oka są zupełnie różne, łączy kontakt z uczniami. Natomiast nie przepadam za negatywnymi emocjach, które czasem pojawiają się przy okazji szopki, a w mojej opinii zupełnie niepotrzebnie. Dodatkowo skupiają się one po części na nas, bo niektórzy uważają, że to właśnie nauczyciele, kierując się jakimiś dziwnymi motywacjami dobierają grane postaci według sympatii i antypatii. A tak nie jest. Grani są ci nauczyciele, których uczniowie chcą zagrać w danym roku. I tyle. Poza tym, intensywność pracy nad przygotowywaniem tego przedstawienia sprawia, że zarówno uczniowie, jak i my, jesteśmy fizycznie oraz emocjonalnie wykończeni. Jednak co roku decyduję się na organizację kolejnej, bo to, co lubię w szopce, w znacznym stopniu przewyższa to, czego nie lubię.
A.C.: O występowanie tych negatywnych emocji jeszcze zapytam. Ale mam inne pytanie: z Pana obserwacji, po co taka tradycja jak Szopka w ogóle istnieje? Na ile jest ważna dla szkoły i dla uczniów?
J.R.: Mogę wskazać kilka powodów. Po pierwsze jest okazją do zdrowego upustu emocji. Życie szkolne toczy się swoim rytmem. Uczniowie są zarzucani różnego rodzaju obowiązkami. Tam, gdzie jest duża grupa ludzi, tam często dochodzi do napięć, nieporozumień czy błędów komunikacji. A Szopka jest taką okazją, kiedy uczniowie mogą wyrazić te gromadzące się przez cały rok emocje.
Po drugie, nauczyciele mogą dzięki niej spojrzeć na siebie z pewnym dystansem. Pozwalamy na to, aby młodzież przedstawiła nas tak, jak nas widzi – choć oczywiście w mocno przerysowany sposób.
Nie unikniemy przesady, bo szopka jest formą kabaretu. Kabaret od czasów starożytnych, od rzymskiej atellany – przepraszam, jako nauczyciel łaciny, musiałem to powiedzieć - był czymś absolutnie przerysowanym. I o to chodzi.
Dodatkowo, przedstawienie jest też pewną wizją artystyczną. Szopce Nowodworskiej nie można odmówić walorów artystycznych, zarówno pod względem scenograficznym, jak i muzycznym czy aktorskim. Ma też element literacki, czasem bywały edycje wręcz zbyt przeintelektualizowane lub zbyt intertekstualne. Często takie formy są doceniane przez absolwentów czy nauczycieli, ale przez uczniów nie zawsze. W każdym razie uczniowie mogą dzięki niej wyrażać swoje zainteresowania i umiejętności artystyczne.
Stanowi też doskonałą okazję, aby młodzież mogła zrealizować duży projekt od początku do końca. Zabrzmię tutaj jak okropnie, jak nauczyciel, bo odwołam się do podstawy programowej, ale w kolejnych jej wersjach coraz większą wagę zwraca się na sprawczość uczniów, na budowanie i wspieranie inicjatyw uczniowskich oraz na kształcenie w kierunku samorealizacji.
Na Szopkę również można popatrzeć z tej perspektywy. To duży projekt, który rozwija metakompetencje jego uczestników, od sfery koncepcyjnej po realizację i podsumowanie, rozporządzanie budżetem czy zarządzanie zespołem. Myślę, że swoboda przy tworzeniu szopki, daje Wam poczucie pewnej sprawczości i okazję do nauczenia się czegoś więcej niż na zwykłych lekcjach.
A.C.: Czy podczas przygotowań, wnioskując po zachowaniu danego rocznika Szopkowiczów, jest Pan w stanie przewidzieć, na ile pomyślnie może wyjść dana edycja?
J.R.: Każda szopka wychodzi pomyślnie. Jednak już od pierwszych spotkań z ekipami szopkowymi, konsekwentnie powtarzam, że szopka jest ich. To uczestnicy szopki mają prawo do tworzenia tego wydarzenia, takim, jak chcą, ale ponoszą też wszystkie tego konsekwencje. Oczywiście konsekwencje w takim tego słowa znaczeniu, że radzą sobie z oceną szopki, uczniów i absolwentów. Ponoszą także odpowiedzialność za pozytywne aspekty, bo jeśli o szopce mówi się dobrze, to jest to ich zasługa.
Jednak rzeczywiście już od pierwszych prób mogę zauważyć, w jaką stronę idzie dany scenariusz. Co roku pracujemy w ten sposób, że po etapie castingów, następuje etap koncepcji. Żaden opiekun nie ingeruje w pisanie scenariusza. Zazwyczaj otrzymujemy gotowy w listopadowy długi weekend.
Trochę pół żartem, pół serio mówimy, że to jest scenariusz, który ląduje w koszu. Niekoniecznie tak jest, ale taka wstępna wersja zawsze wymaga wielu zmian i dopracowania szczegółów.
Razem z innymi opiekunami czytam go i odnoszę się do różnych propozycji uczniów. Niczego nie zmieniamy ani nie dopisujemy, tylko wskazujemy uczniom elementy, które naszym zdaniem nie są akceptowalne w sferze szkoły, bo mogą wywołać kontrowersje albo są słabe artystycznie. To taki etap ,,wstępnej cenzury”.
Wtedy dochodzi do wymiany poglądów z uczniami i zazwyczaj jest tak, że niektóre z tych elementów jeszcze zostawiamy, a potem uczniowie sami zaczynają dostrzegać, że te sceny wymagają dopracowania lub, że lepiej z nich zrezygnować.
Ten proces przebiega podobnie co roku. Jednak tak jak już mówiłem, ingerujemy w małym stopniu i szopka zawsze jest tworzona przez uczniów dla uczniów.
A.C.: Ale gdyby zaistniała jednak taka potrzeba, to Pan może coś wykreślić i powiedzieć ,,tego nie gramy, bo to już jest przesada”?
J.R.: Tego nie gramy, bo coś jest głupie, nieśmieszne i obsceniczne. Mam nawet taką pieczątkę stworzoną przez którąś ekipę szopkową, z napisem ,,głupie, nieśmieszne albo obsceniczne”. I to są trzy sita, według których coś oceniam. Jednak nawet jeżeli mi się coś nie podoba, ale uczniowie twierdzą, że to cytat z lekcji, to będę bronić takiej koncepcji do końca. Pamiętam, że było wiele pojedynczych sformułowań lub nawet całych scen wymyślonych przez uczniów, które mnie wydawały się na granicy dobrego smaku. Ale zawsze podtrzymuję, że jeżeli są to prawdziwe słowa danego nauczyciela to mogą się pojawić w przedstawieniu. I takich scen bronię także w rozmowach z panem dyrektorem.
A.C: A uważa Pan za dopuszczalne żarty z wyglądu? Rok temu pojawienie się kilku takich scen odbiło się szerokim echem.
J.R. : W tym roku też takie były.
A.C.: Tak. I czy Pan uważa, że takie dowcipy są jeszcze w granicach dobrego smaku?
J.R.: Nie. Choć uważam, że nie wszystkie z nich można jednoznacznie ocenić. Wszystko zależy od tego, jak coś zostało przedstawione i w jakim kontekście. Na pewno sceny nie powinny być wulgarne, a wulgarność może się przejawiać na różnych poziomach - wulgaryzmów jako takich, ale też przesadzonych aluzji.
Niektórzy mogą powiedzieć, że granicą jest naruszanie dóbr osobistych. Jednak w mojej opinii wszystko zależy od tego, jak będziemy definiować te dobra. Bo jeżeli ktoś uważa, że za takie naruszenie można uznać sam fakt, że nauczyciel jest grany to nigdy nie dojdziemy do porozumienia.
A.C.: Pojawiają się też zarzuty, że niektóre sceny nawiązują bezpośrednio do czyjegoś stanu zdrowia, życia prywatnego czy konkretnych cech wyglądu, których nie da się zmienić. Co wtedy?
J.R.: Sama charakteryzacja nawiązuje do wyglądu danej osoby. Więc jeżeli przyjęlibyśmy takie jednoznaczne kryterium, że nie może być żadnych elementów odnoszących się do wyglądu to już pokazywanie kogoś przebranego na scenie równałoby się z wyśmiewaniem wyglądu.
A.C.: Jednak czasem może to być wyśmiewanie w większym, a czasem w mniejszym stopniu.
J.R.: Tak, jednak warto zwrócić uwagę również na to, skąd te żarty się biorą. Sądzę, że jeżeli jakiś nauczyciel na lekcji, bez przerwy i zupełnie poza kontekstem prowadzonych lekcji, mówi przykładowo o swoim dziecku i jego zachowaniach lub innych elementach swojego życia prywatnego, to nie można się później dziwić, że taki żart wystąpił.
Albo, jeśli nauczyciel permanentnie nawiązuje do swojego stanu zdrowia i tego typu cytaty pojawiają się później w szopce to nie postrzegam tego za nabijanie się ze stanu zdrowia, tylko z pewnego zachowania nauczyciela. Szopka w pewien sposób służy również do tego, żebyśmy my jako nauczyciele mogli poddać się autorefleksji i rozważyli, czy pewne tematy należy poruszać na lekcji.
Kontrowersje często wzbudza jeszcze jedna kwestia – nazwisk. Niektórzy nauczyciele od jakiegoś czasu bardzo się oburzają, jeżeli w przedstawieniu pojawiają się ich pełne imiona. Nie do końca rozumiem ten problem, bo przecież nie funkcjonujemy w żadnym tajnym nauczaniu. Poza tym, nazwiska nie są potrzebne, bo sama charakteryzacja i sposób zachowania wskazują na to, którego nauczyciela ktoś parodiuje. Ale zgodnie z tymi zastrzeżeniami, w tym roku minimalizowaliśmy występowanie nazwisk parodiowanych nauczycieli jak tylko się dało. Przy odczytywaniu napisów końcowych także używaliśmy jedynie imion.
Jednak tak jak powiedziałem przed chwilą, jeżeli pozbylibyśmy się tych wszystkich elementów - używania nazwisk, charakteryzacji czy prawdziwych cytatów z lekcji – to szopka nie miałaby już prawa bytu. Także uważam, że takie sceny są w granicach dobrego smaku, pod warunkiem, że nie zakrawają o opisaną przeze mnie wcześniej wulgarność.
A.C.: A jak Pan ocenia sytuacje, w których żarty wzbudzają na tyle duże kontrowersje, że ktoś chce wprowadzać rozwiązania prawne?
J.R.: Gdy wspominam wszystkie szopki, w których organizacji brałem udział, to przypominam sobie, że grożono nam już wszystkim, czym tylko się dało - dyrektorami, prokuratorami, prawnikami, kuratorium, interwencjami w kurii krakowskiej, nawet papieżem. Nie obyło się też bez straszenia telewizją i mediami. Dziwię się, że nie pojawił się pomysł zwrócenia się do prezydenta miasta. Więc takie komentarze tylko mnie irytują. Uważam, że wynikają z zupełnego niezrozumienia idei szopki. Aby nie eskalować konfliktów, ignoruję je.
Przyjmując założenie, że szopka jest przygotowywana przez uczniów dla uczniów, pozostałbym przy tym, że jest jednorazowym wydarzeniem. Gramy ją przed świętami, więc po przerwie świątecznej najlepiej byłoby już nie wracać do jej tematu. Oczywiście poza wywiadami. Roztrząsanie i analizowanie jej treści słowo po słowie niczemu nie służy, poza niepotrzebnym nakręcaniu się emocjonalnemu u uczniów i nauczycieli.
A.C.: Pan dyrektor podczas wywiadu o Szopce Nowodworskiej mówił, że na bycie zagranym trzeba sobie zasłużyć. Zgadza się Pan?
J.R.: Tak. Można na to zasłużyć albo w sposób pozytywny, albo negatywny.
A.C.: A jak Pan myśli, dlaczego niektóre postacie są wybierane przez aktorów częściej, a inne rzadziej?
J.R.: Wynika to z wielu czynników. Często grani są nauczyciele, którzy po prostu są dobrze znani szkole, bo uczą wiele klas w roczniku. To jest pierwsza grupa. Druga to nauczyciele na tyle charakterystyczni, że nawet ucząc małą liczbę uczniów, są rozpoznawalni, ale także w ten pozytywny sposób.
Trzecia grupa to Ci, którzy z jakiegoś powodu zasłużyli sobie na bycie zagranym w negatywny sposób. Może być tak dlatego, że za dużo mówią na lekcjach o sobie, o niestosownych kwestiach lub mają silną tendencję do popadania w konflikty z uczniami. Sposób odegrania ich ról też się różni - jeden aktor skupi się na lubianej przez uczniów cesze danej osoby, nawet jeśli też zostanie one pokazane z przymrużeniem oka, a inny na zachowaniu jednoznacznie negatywnym.
Choć pojawia się to coraz rzadziej, czasami w Szopce odgrywany był sposób prowadzenia lekcji przez danego nauczyciela. No i czy taka scena nie powinna skłaniać do refleksji? Ale żeby to zrozumieć, trzeba rozumieć ideę szopki.
A.C.: Był już Pan parę razy sam parodiowany. Jak Pan się do tego odnosi i czy wcześniejszy dostęp do scenariusza nieco tego nie ułatwia?
J.R.: Nawet jeśli mam wcześniejszy dostęp, nie zmieniam w tym ani jednego słowa czy sformułowania. Wręcz przeciwnie. Mówię uczniom, że już co jak co, ale ze mną mogą zrobić absolutnie wszystko, jeżeli tylko chcą mnie grać. I w tej kwestii nie ma żadnych barier.
A.C.: A pamięta Pan moment, kiedy został Pan zagrany po raz pierwszy?
J.R.: Chyba po raz pierwszy zagrał mnie mój uczeń Artur, który uczęszczał do szkoły jako rocznik 00’ - a więc pierwsze przedstawienie, w którym byłem jednym z bohaterów miało miejsce w 2018 r.
A.C.: I jak Pan to wspomina?
J.R.: Miałem do tego dość zdystansowane podejście, ponieważ nigdy się nie obrażam. Uważam też zawód nauczyciela za specyficzną praca, bardzo specyficzną. Przypomina trochę pracę w teatrze. Każda prowadzona przez nas lekcja, nawet jeśli nie jest spektaklem, stanowi pewne wydarzenie performatywne. To nie jest tak, że w szkole oceniani są tylko uczniowie. Bo być może nawet bardziej niż uczniowie poddani ocenie są nauczyciele. Nie zawsze pod względem merytorycznym, tak jak Wy, ale z całą pewnością jesteśmy przez Was oceniani. Myślę, że nawet na co dzień.
Na lekcje mamy wpływ. Na szopkę uważam, że nie powinniśmy mieć wpływu, bo to Wy pokazujecie nas tak, jak nas widzicie, pokazujecie, co Wam się podoba lub nie.
Więc szopka jest pewną emanacją tych spostrzeżeń i ocen, o których wspomniałem. I niech nią pozostanie.
A.C.: Wracając do organizacji Szopki, czy zauważył Pan jakieś zmiany na przestrzeni ostatnich kilku lat? Czy dostrzega Pan jakiś wpływ mediów społecznościowych lub zmian w humorze?
J.R.: Tak, ale nazwałbym to raczej wybieraniem innego typu Szopki. Coraz częściej odchodzi się od przedstawiania codziennego, szkolnego życia i odgrywania lekcji na rzecz nawiązywania do tego, co was na co dzień bawi i interesuje w internecie, na przykład różnych Tiktoków czy rolek. Dlatego też pojawia się coraz więcej krótkich scen w miejsce tych dłuższych. To ma swoje uzasadnienie.
Z całą pewnością z roku na rok widać także, jak zmieniają się preferencje muzyczne uczniów. Rzecz jasna, czasem pojawiają się jakieś utwory sprzed lat, ale co roku można też zaobserwować, co aktualnie jest modne i słuchane przez uczniów.
Nie zawsze mi się to podoba. Wręcz przeciwnie, uważam, że czasami te piosenki nie mają żadnej wartości artystycznej, ale to moja subiektywna ocena. Moja nieznajomość danego utworu czy cytatu o niczym nie świadczy.
W takich momentach zazwyczaj pytam uczniów ,,Czy jesteście pewni, że to zostanie przez wszystkich zrozumiane, że zrozumieją aluzję?”. Jeżeli słyszę ,,Ależ oczywiście!” to staram się zaufać w tej kwestii reżyserom i aktorom. Ponownie, ponieważ szopka jest dla uczniów i robiona przez uczniów, to uczniowie mają decydujący głos. Nawet jeżeli my jako opiekunowie, mówimy, że coś należy usunąć,a uczniowie się upierają to stwierdzamy ,,Okej, niech to zostanie do próby generalnej i zobaczymy, co powie Pan Dyrektor”.
A.C.: Ale poziom humoru się nie zmienia?
J.R.: Tak. Zmienia się typ humoru, ale uważam, że główne założenie przedstawienia i poziom humoru się nie zmieniają.
A.C.: Rozumiem. W nawiązaniu do różnych etapów tworzenia Szopki, który z nich jest Pana ulubionym? Ma Pan taki moment poczucia największej satysfakcji?
J.R.: Pierwszy moment, kiedy mówię sobie, że ,,Tak, to dzieje się znowu. Szopka się odbędzie” ma miejsce gdy przyjeżdża scena i zaczyna się jej montaż. Etap bardzo żmudny, wymagający pracy przede wszystkim fizycznej i niewidoczny dla osób, które w Szopce nie biorą udziału. To poczucie staje się jeszcze intensywniejsze przy pierwszej próbie z charakteryzacją i sekcją muzyczną. Wtedy zaczynam odczuwać satysfakcję, a największą satysfakcję odczuwam na ostatniej szopce absolwenckiej. I, żeby nie było, nie odczuwam tej satysfakcji, bo kończy się okres szopkowy, ale dlatego, że w takiej chwili uczniowie wreszcie mają poczucie dobrze wykonanej roboty.
A.C.: A gdyby mógłby się Pan wcielić z powrotem w licealistę i być w którejś z sekcji, to w której?
J.R.: Gdybym ja mógł być w którejś sekcji? Bardzo chciałbym być w sekcji plastycznej. Ale jak zapewne wiesz, moje zdolności artystyczne i plastyczne są na poziomie trzylatka. W związku z tym obawiam się, że sekcja scenograficzna ograniczyłaby mój udział do noszenia sceny, a tego wolałbym uniknąć. Sceny również nie potrafiłbym złożyć, bo moje umiejętności inżynierskie i techniczne są tylko ciut bardziej zaawansowane niż plastyczne. Niestety w sekcji muzycznej, o której bym marzył, też nie mógłbym być, bo moje umiejętności grania na jakimkolwiek instrumencie są zerowe.
A.C.: No to zostaje sekcja aktorska.
J.R.: No to zostaje aktorska, tak. Czyli z tego wynika, że jeżeli ktoś nie ma żadnych umiejętności, to zostaje mu granie w szopce.
A.C.: Nooo, niekoniecznie.
J.R.: To prawda, niekoniecznie. Oczywiście żartuję.
A.C.: Załóżmy, że Pan mógłby sam napisać szopkę od początku do końca. Czego byłoby w niej najwięcej? Jakich wydarzeń?
J.R.: Będzie to ocena bardzo subiektywna, ale ja najbardziej lubię te szopki, które są osadzone w codziennych realiach szkoły. Nieco ubolewam nad tym, że w ostatnich latach takich scen nie było lub było ich mało.
Niestety, jako humanista, lubię też szopki intertekstualne i mocno artystyczne, choć wiem, że one nie zawsze są doceniane i nie każdy jest w stanie scenariusz napisać do takiej szopki scenariusz, więc niekoniecznie jest to najlepsze rozwiązanie.
A.C.: A czy sądzi pan, że w Szopkach powinna pojawiać się zróżnicowana grupa bohaterów? Pytam, bo chociażby w tym roku pojawiły się głosy, że było bardzo dużo postaci interesujących dla klas humanistycznych, m.in. 3 polonistów, a że było za mało nauczycieli przedmiotów ścisłych.
J.R.: To wynika z tego, kto reżyseruje szopkę i kto w niej gra. Nigdy nie patrzyliśmy na nią przez taki pryzmat, że należy równomiernie rozłożyć role nauczycieli, tak, aby każda klasa była zadowolona. Decydują o tym uczniowie, którzy zgłoszą się na castingi i wybierający nauczycieli, których chcą sparodiować. I to jest tak naprawdę jedyne kryterium.
Czy w tym roku było za dużo humanistów, a za mało nauczycieli innych przedmiotów? Nie potrafię się do tego odnieść, bo nie ja o tym decyduję. Inaczej musielibyśmy mówić na castingach tak: ,,No Ty fajnie zagrałeś polonistę, ale polonistów już mamy dwóch, a nie mamy matematyka, więc proszę, graj matematyka.” No nie, tak to by nie mogło działać.
Ja przestrzegam aktorów tylko przed jedną rzeczą - żeby nie próbowali naśladować aktorów z poprzednich lat, którzy grali konkretnego nauczyciela. Należy się wzorować na pierwowzorze nauczyciela, którego się odgrywa, bo może w danym roku uda się komuś wychwycić inne cechy i zachowania danej postaci.
A.C.: Czy ma Pan swoje ulubione wspomnienie związane z Szopką?
J.R.: Myślę, że mam na tyle dużo dobrych wspomnień z szopką, że nie potrafię i chyba nie do końca chcę wskazywać tylko jedno. Z każdą szopkową ekipą mam mnóstwo dobrych wspomnień. Nawet jeśli pojawiały się jakieś mniej pozytywne, bądź negatywne to już ich nie pamiętam, bo były na tyle nieznaczne. Biorę udział w organizacji Szopki od czternastu lat i sądzę, że mógłbym co najmniej czternaście takich wspomnień wymienić, co tylko pokazuje, ile dobrych emocji dostarcza mi to wydarzenie.
A.C.: Ostatnie o co chciałam zapytać to o poradę, której udzieliłby Pan przyszłym pokoleniom Szopkowiczów i przyszłym opiekunom. Czy jest coś, co powinno być zmienione?
J.R.: Główny opiekun śmiech
A.C.: A oprócz głównego opiekuna?
J.R.: Oczywiście mówię to pół żartem, pół serio. Chociaż rzeczywiście jest to coś, co mogliby rozważyć przyszli Szopkowicze: czy nie należałoby wymienić opiekunów. Przy czym my nie zostaliśmy nigdy na to stanowisko mianowani. Uczniowie co roku przychodzą do nas z propozycją, czy chcemy ponownie zająć się przedstawieniem.
My na tę propozycję odpowiadamy pozytywnie, choć co roku próbujemy oczywiście odgrywać pewien performans, opierając się i mówiąc, że ,,nie”, ale koniec końców zawsze się godzimy. Jednak patrząc na to, że od kilku lat grupa opiekunów jest taka sama, można się zastanowić, czy nie należałoby dokonać jakiejś zmiany, aby doświadczyć powiewu świeżości i dać komuś innemu pole do działania.
My obserwujemy scenariusze już od kilku, lub tak jak w moim przypadku, nawet kilkunastu lat i często widzimy pewną powtarzalność, na którą reagujemy znudzeniem czy wręcz irytacją. Być może narzucamy przez to pewne ograniczenia, których osoby krócej zajmujące się szopką by nie nakładały. Przecież nie musimy być opiekunami do końca świata. Gdybym nie dostał propozycji bycia głównym opiekunem to mimo całej mojej sympatii do tego wydarzenia, nie obraziłbym się i z taką samą przyjemnością oglądałbym efekty końcowe kolejnych edycji Szopki. Więc to pierwsza z ewentualnych rad dla przyszłych roczników.
Druga rada to: działać i angażować się w Szopkę. Apel ten, kieruję może nie tyle do przyszłych Szopkowiczów, co do wszystkich uczniów - obecnych i przyszłych. Szopka musi trwać i to jest absolutny priorytet. Skoro Wasi rodzice brali udział w szopce, a czasem są to już nawet dziadkowie to jest czymś, o co należy się troszczyć i co trzeba pielęgnować. Już starożytni Rzymianie mawiali, że mores majorum, obyczaje przodków, są czymś, co powinno wpływać na naszą codzienność. W taki sam sposób należy dbać o tradycję Szopki Nowodworskiej. Jej ciągłość to nadrzędna kwestia.
Kolejną radą byłaby obserwacja. Ważne jest to, aby obserwować na bieżąco, co dzieje się w szkole i nie bać się przedstawiać tych wydarzeń w prześmiewczym wydaniu. Jeśli uważacie, że coś należałoby zmienić, to Szopka jest dobrym miejscem, aby to zasygnalizować. Ostatnie, co mogę poradzić to bycie odważnym. Gdy to mówię, na usta aż ciśnie mi się pewien łaciński cytat, ale może już to pominę.
A.C.: Kusi Pana czasem, aby dodawać takie motywy do Szopki?
J.R.: Jakie?
A.C.: Rzymsko antyczne.
J.R.: Na szczęście ja nigdy niczego nie dodaję. Były takie osoby, które miały takie zakusy, aby nie tylko ingerować w scenariusz, ale także go współtworzyć. Jeżeli kiedykolwiek dojdzie do takich sytuacji to moim zdaniem rozpocznie się początek końca szopki. Właśnie dlatego radzę, aby na to nie pozwalać, a przede wszystkim być odważnym w tworzeniu.
A.C.: Pytanie o rady było ostatnim przeze mnie przygotowanym, więc chyba tą właśnie myślą zakończymy naszą rozmowę.
J.R.: Tak, bądźcie odważni...Nie no, muszę to powiedzieć. Sapere audete!
Anna Czoba



Comments