Wywiad z Dyrektorem
- Feb 7
- 23 min read

O.L.: Panie dyrektorze, bardzo dziękujemy za zgodzenie się na przeprowadzenie z nami wywiadu. Dzisiaj porozmawiamy o szopce, jej historii, o sposobie jej organizacji, a także o jej znaczeniu edukacyjnym w naszej szkole. Myślę, że najlepiej zacząć od pytania jakie były okoliczności powstania Szopki Nowodworskiej w naszej szkole?
Dyr.J.K.: Ten temat gdzieś ginie w mrokach historii. Najstarsze wzmianki o tym, że uczniowie przygotowywali przedstawienia, są bardzo dawne i wiążą się z tradycją popisów uczniowskich. Można znaleźć nawet plakaty z początku XIX wieku. Wynikało to z faktu, że aula szkoły w budynku przy ul. św. Anny była wówczas największą salą w całym Krakowie.
W okresie Wolnego Miasta Krakowa, czyli Rzeczpospolitej Krakowskiej, obradował tam Senat Miasta, ponieważ nie było większej sali reprezentacyjnej. Było to jeszcze przed wielkim pożarem, więc miasto wyglądało zupełnie inaczej. Istniało też oczekiwanie, że młodzi ludzie będą prezentować się na polu kulturalno-artystycznym. Początkowo były to różnego rodzaju deklamacje, recytacje poezji i fragmentów literackich. Później pojawiały się sceny, głównie – jak wiemy z opisów – inspirowane sztukami antycznymi.
Pogłębieniem tej tradycji był rozwój teatru pod koniec XIX wieku, w którym uczestniczyli także uczniowie Nowodworka, tacy jak Wyspiański czy Opiński. To był moment, w którym zaczęło się kształtować coś, co można już nazwać teatrem w szerszym znaczeniu. Ta tradycja występów uczniowskich sięga więc niewątpliwie początków XIX wieku.
Natomiast mówiąc dziś o Szopce Nowodworskiej, mamy zwykle na myśli przedstawienie w rozumieniu współczesnym – satyryczne, w którym uczniowie odgrywają nauczycieli, pracowników szkoły, a czasem także postaci fikcyjne, komentując w prześmiewczy sposób wydarzenia szkolne. Ta forma ukształtowała się na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. Bywały okresy, gdy szopka była zakazana, choć funkcjonowała wtedy w pewnym sensie w podziemiu.
Zdarzały się także szopki w całości pisane wierszem, co dziś może wydawać się mało prawdopodobne, ale miało miejsce. Często występowało w nich trzech, czterech, maksymalnie pięciu aktorów, którzy uczyli się długich partii tekstu na pamięć. Przedstawienia odbywały się w salach lekcyjnych, bez sceny i scenografii, i miały charakter wyłącznie wewnętrzny – jedni uczniowie pokazywali je drugim.
Dopiero końcówka XX wieku przyniosła zmianę – szopki zaczęły być wystawiane w auli, stopniowo pojawiały się elementy techniczne: scena, oświetlenie, nagłośnienie. Zachowały się nagrania z przełomu XX i XXI wieku, na których widać jeszcze bardzo skromną oprawę, opartą głównie na grze aktorskiej. Z czasem jednak scena rosła, pojawiła się scenografia, lepsze nagłośnienie i współpraca z absolwentami.
Nowością ostatnich kilkunastu lat jest szopka absolwencka, czyli przedstawienie kierowane także do absolwentów szkoły. Od kilku lat odbywają się nawet dwa takie przedstawienia, ponieważ liczba chętnych jest zbyt duża, by pomieścić ich podczas jednego pokazu.
Nie zmieniło się natomiast to, że aktorami są uczniowie i że wydarzenia szkolne przedstawiane są w sposób satyryczny. Cechą charakterystyczną szopki zawsze była też jej hermetyczność – część żartów jest zrozumiała tylko dla wąskiej grupy osób znających kontekst. Tak było od zawsze. Rodzi to pytanie o kierunek dalszego rozwoju szopki, zwłaszcza w przypadku przedstawień absolwenckich, gdzie ten kontekst bywa już nieczytelny.
A.C.: A wiadomo, kto pierwszy wpadł na pomysł przeobrażenia tych zwykłych przedstawień w satyrę? Czy to się naturalnie wykształciło?
Dyr.J.K.: To nie był jeden moment ani jedna osoba, ta prześmiewczość pojawiała się naturalnie. Widać ją już w szkolnych gazetkach z dwudziestolecia międzywojennego oraz w kronikach, także tych sprzed kilkudziesięciu lat, które często pisane są lekkim, żartobliwym językiem.
Trzeba przy tym zaznaczyć, że język dawnych gazetek byłby dziś nie do przyjęcia, bywał politycznie niepoprawny, ksenofobiczny czy homofobiczny. Dziś patrzymy na to raczej jako na ciekawostkę pokazującą realia tamtych czasów.
Myślę, że satyra zawsze była potrzebna jako sposób rozładowania napięcia w szkole o długiej tradycji. Pozwalała „przebić balonik” nadmiernej powagi i spojrzeć na szkolną rzeczywistość z dystansem. Podobne tradycje istnieją też w innych starych szkołach, np. w naszej szkole partnerskiej w Osnabrück, gdzie również wykorzystuje się humor, by nie ugrzęznąć w tej nadmiernej powadze.
A.C.: A czy kiedykolwiek szopka nowodworska się nie odbyła i jeśli tak, to z jakich powodów?
Dyr.J.K.: Oo! Były takie okresy, kiedy wprost obowiązywał zakaz organizowania szopki. Mimo to, jak podają źródła, w podziemiu i tak się odbywała. Były też okresy polityczne, np. podczas stanu wojennego, kiedy trudno było w ogóle robić szopkę, bo obowiązywały nawet rygory dotyczące powrotu do domu o określonej porze. To był z pewnością trudny czas dla szopki w obliczu nacisków politycznych na szkołę, zdarzały się nawet tendencje do całkowitego zakazu.
Mimo to szopka funkcjonowała w tzw. drugim obiegu, niejako „nielegalnie”, ale wciąż trwała w jakiejś formie. Uczniowie wiedzieli, w której sali mają się spotkać i o której godzinie. Zwykle brało w nim udział dużo mniej uczniów niż w bieżących szopkach.
Oczywiście zdarzyło się też całkiem niedawno, gdy już byłem dyrektorem tak, że jedno przedstawienie musiało zostać odwołane z przyczyn technicznych. A to już internet zna tę historię.
O.L.: A jak pan zareagował pierwszy raz na ideę szopki, kiedy pan o niej usłyszał?
Dyr.J.K.: No więc oczywiście, kiedy przyszedłem do szkoły, to nie wiedziałem, że coś takiego jak szopka w ogóle istnieje. I nagle pojawia się przedstawienie wiem, że muszę mieć dyżur, więc idę tam z uczniami. Wtedy nie zasłużyłem sobie jeszcze, żeby w szopce wystąpić. Muszę jednak powiedzieć, że przychodząc z zewnątrz, nie wiedząc, czego się spodziewać, byłem trochę przerażony tym, co zobaczyłem.
Przede wszystkim w sposób dla mnie wtedy niewytłumaczalny obśmiewano profesora Pfeiffera legendę matematyki. Dla mnie to było coś nieprawdopodobnego: jak można w takiej formie przedstawić profesora, który był ikoną szkoły? To pierwsze wrażenie było po prostu „rany boskie, co to w ogóle jest?”.
Wtedy szopki wyglądały inaczej niż dzisiaj – były mniej „grzeczne”. Uczniowie pozwalali sobie na żarty, które dzisiaj już by nie przeszły: dużo podtekstów erotycznych, homoerotycznych, humor niekoniecznie wyszukany, ale szopka przechodziła różne okresy i oczywiście próbowano ją korygować. Próbowano tłumaczyć, wywierać presję, że pewne dowcipy przekraczają granice dobrego smaku.
Mimo wszystko szopka tworzyła coś wyjątkowego można powiedzieć taki pewien „wentyl bezpieczeństwa”, który pozwalał rozluźnić atmosferę i spuszczać trochę nadęcie. Obserwowałem przy tym reakcje nauczycieli i byłem zaskoczony, np. pani wicedyrektor w pewnym momencie przynosiła aktorce swoje ubrania, żeby była wiernie ubrana tak jak ona sama. Pamiętam też jej wywiad do prasy, w którym powiedziała, że czasami jako nauczyciele warto zobaczyć się w „krzywym zwierciadle” po to, żeby dostrzec pewną prawdę o sobie, o swoich zachowaniach w określonych sytuacjach, które później stają się zabawną scenką na szopce.
Te ulotne momenty są chyba najcenniejsze, bo tworzą coś, co można pokazać tylko raz. Pamiętam też, że gdy drugi czy trzeci raz widziałem te same postaci, np. profesora Pfeiffera odgrywanego tak samo z tymi samymi dowcipami, to efekt był słabszy. Można się jeszcze zaśmiać przy drugim razie, ale przy trzecim człowiek zaczyna myśleć: „Nie dało się nic nowego wymyślić?” i wtedy szopka traci swój świeży charakter.
A.C.: A czy była jakaś taka szopka, która Panu szczególnie zapadła w pamięć?
Dyr.J.K.: Na pewno pamiętam pierwszą szopkę, na której mnie zagrano. Nie pamiętam całej treści, ale dokładnie zapamiętałem moment, kiedy wbito mi „szpilę” pamiętam to ukłucie i pomyślałem sobie wtedy: „Aha, tak to wygląda”. To ważne, bo czasem osoby, które są przedstawiane, źle to znoszą często nie ukrywają emocji, mają pretensje, dotykają je szczególne treści. Co roku pojawia się dyskusja: czy w szopce można pokazać wszystko? Oczywiście, że nie. Opiekunowie starają się pilnować granic, ale zawsze coś może umknąć, zwłaszcza że niektóre żarty są mocno hermetyczne i odbiorca, który nie uczestniczył w konkretnych wydarzeniach, może ich nie zrozumieć.
Po tej pierwszej szopce zrobiłem sobie zdjęcie z aktorem, który mnie przedstawiał. Zdarza się też, że ktoś pyta: „Po co to robimy? Moglibyśmy żyć bez szopki”. Oczywiście, w innych szkołach funkcjonują bez takich przedstawień, ale u nas szopka pełni ważną rolę, ona wprowadza element zaskoczenia i jest przeciwwagą do powagi i tradycji szkoły. Pokazuje, że mimo wieloletniej historii można śmiać się z siebie i z życia szkolnego.
Duży wpływ na współczesną szopkę miały kabarety telewizyjne z lat 90. i początku 2000. Pojawiały się w nich sceny satyryczne, często z udziałem polityków czy znanych postaci, i widać w tym podobieństwo do naszej tradycji. Dyskusja na temat szopki jest zawsze potrzebna ale ma sens tylko w momencie wystawienia, bo potem życie szkolne idzie dalej. Dlatego scenariusze nie są przechowywane, a nagrania robi się głównie dla absolwentów, którzy chcą mieć ślad po swoich czasach. Szopka to wydarzenie jednokrotne trochę jak studniówka, najlepiej uchwycona na zdjęciach.
Patrząc w przyszłość, szopka powinna skupiać się na życiu szkoły i jej wnętrzu, a nie na wydarzeniach z zewnątrz. Jest też częścią ceremoniału szkoły, statut przewiduje jej istnienie, więc w jakiejś formie musi się odbywać. Czasami żartowaliśmy, że nauczyciele mogliby sami zagrać w szopce i odegrać różne sceny z uczniami, ale nigdy tego nie zrobiliśmy.
Szopka pełni więc kilka funkcji jednocześnie pozwala uczniom śmiać się z rzeczywistości szkolnej, daje pewien wspomniany wcześniej „wentyl bezpieczeństwa” i pokazuje, że tradycja może łączyć powagę z humorem. Jednocześnie wymaga uwagi i odpowiedzialności bo czasem ta „szpilka” może zaboleć, ale to też część jej charakteru.
O.L.: Jeśli Pan Dyrektor miałby możliwość zagrania jednego z uczniów to kogo by Pan wybrał?
Dyr.J.K.: No jest kilku takich uczniów, którzy mocno utkwiły mi w pamięci. Problem w tym, że często są to uczniowie, którzy dawno skończyli szkołę. Czyli odwołujemy się do sytuacji, które tworzą zabawną, satyryczną scenę, ale niekoniecznie byłaby zrozumiała dla kogoś spoza tamtej klasy.
Kiedy uczyłem informatyki rozszerzonej, spędzałem z tymi samymi grupami bardzo dużo godzin w jednej sali. Uczniowie przyznali mi kiedyś, że mieli zeszyt, w którym zapisywali wszystko, co śmiesznego powiedziałem, i niektóre z tych rzeczy potem pojawiały się w szopce. Trzeba było więc pilnować się, co się mówi.
Często żarty w szopce działają wąsko rozśmieszając tylko konkretną grupę, która zna kontekst, i nikt poza nią ich nie rozumie. Dlatego jest też ryzyko, że coś może kogoś dotknąć mocniej, nawet jeśli my o tym nie wiemy. Ludzkie reakcje są czasem zupełnie nieprzewidywalne.
Ostatnio widać też nowy wymiar kodu kulturowego młodzieży w jak ja mówię mediach niespołecznościowych. Tam pojawia się humor hermetyczny, pełen skrótów i odniesień, które dla starszych nie mają żadnego sensu, a cała sala tarza się ze śmiechu. Czasem trudno to odczytać. Na próbie generalnej np. w zeszłym roku miałem wrażenie, że połowa rzeczy nie była dla mnie zrozumiała, ale potem w czasie przedstawień widziałem uczniów pękających ze śmiechu.
Próba generalna jest bardzo ważna ona pozwala osobie spoza grupy aktorów zobaczyć przedstawienie takim „świeżym okiem”. To trochę jak dziecko, które rośnie codziennie, człowiek nie zauważa zmian, a ktoś, kto nie widział go przez miesiąc, mówi: „Ojej, jak urosło”. Tak samo próba pozwala wychwycić sytuacje, które mogą przekroczyć granice dobrego smaku. Szopkowicze nazywają to „cenzurą”, ale w rzeczywistości chodzi o subtelne zwrócenie uwagi, że coś jest niestosowne albo użycie jakiegoś słowa czy zwrotu jest nieadekwatne. Chociaż na przykład dowiedziałem się, że pewne słowo użyte w zeszłorocznej szopce jest nieadekwatne do mojej definicji.
A.C.: A jakie to było słowo?
Dyr.J.K.: Nie zdradzę, o jakie słowo chodzi, bo ostatecznie nie pojawiło się w szopce. Pamiętam, że powiedziałem wtedy do szopkowiczów: „Nie wiem, sprawdźcie w słowniku. Ja naprawdę nie wiem, co wy przez to rozumiecie i co to w ogóle ma być”. Według mojej definicji to słowo po prostu tam nie pasowało ono w żaden sposób nie wpisywało się w to, co działo się na scenie. I chyba dali się przekonać, bo rzeczywiście sprawdzili jego znaczenie i okazało się, że kompletnie nie pasuje do tej sytuacji.
Czasem jest tak, że jakieś słowo robi karierę zupełnie nie wiadomo dlaczego, krąży po mediach społecznościowych, brzmi chwilowo „fajnie”, ale nie nadaje się do każdej okoliczności. I to właśnie jest często sens tych mitycznych „cenzur”. One polegają raczej na tym, że mówimy: „nauczcie się tekstu”, albo „to jest kolanem dopchnięte jako wypełniacz czasu”, albo „albo wymyślcie to od nowa, albo z tego zrezygnujcie, bo niczego to nie wnosi”.
Zdarza się też, że z takich naszych uwag powstaje potem kolejny żart czy tekst do szopki, więc i my musimy uważać, co mówimy.
O.L.: A poza takim kryterium językowym to jaka jest cenzura? Co wyznacza granice dobrego smaku? Jakie sceny na pewno nie powinny się pojawić pana zdaniem? Jeżeli takie są?
Dyr.J.K.: Są, są. Nigdy nie jest tak, że w szkole można pokazać wszystko. Granica dobrego smaku jest trudna do jednoznacznego określenia, bo smak zawsze jest kwestią gustu, a gusty bywają różne. Trzeba jednak pamiętać, że szopka odbywa się w przestrzeni publicznej szkoły.
Po pierwsze, absolutnie niedopuszczalne są wulgaryzmy, bo są zakazane przepisami. I tutaj nie da się tego usprawiedliwić formą teatralną bo to nie jest teatr publiczny, tylko wydarzenie wewnątrzszkolne.
Po drugie, niedopuszczalne są sytuacje, w których pojawia się sugestia, że nauczyciel łamie prawo albo zachowuje się nieetycznie. Jeżeli coś takiego rzeczywiście ma miejsce, istnieją zupełnie inne drogi rozwiązywania takich spraw. Szopka absolutnie się do tego nie nadaje. Sugerowanie w żartobliwej formie naruszania etyki zawodu jest szczególnie niebezpieczne, bo może mieć bardzo poważne konsekwencje. To po prostu nie jest dobry żart.
Podobnie jest z podtekstami erotycznymi czy odnoszeniem się do orientacji seksualnej. Dzisiaj wiemy, że w przestrzeni publicznej szkoły są to rzeczy niesmaczne i nieakceptowalne. Na szczęście od takich żartów się odchodzi. Bardzo źle odbieram również nawiązywanie do stanu zdrowia, chorób czy sytuacji rodzinnej nauczycieli, czyli do spraw całkowicie prywatnych, wykraczających poza życie szkolne.
Tak samo jest z wyglądem. Ja zawsze na szopce patrzę, czy uczeń już wsadza poduszkę pod sweter, czy już ten brzuch taki duży tu wystaje, czy nie.
No wiecie, to jest tak jak się odbiera uwagi, czasem kąśliwe, gdzieś w świecie wirtualnym, kierowane na temat wyglądu. I wtedy nieważne jest, czy ktoś robi to z sympatii, czy z antypatii i jak duża grupa jest tych, którzy mówią nie no super zdjęcie, a jak duża tych, którzy mówią o masakra i nie wiadomo co tam jeszcze. Dla osoby, której to dotyczy, nie jest to sympatyczne. Jedni mogą odebrać to jako sygnał do refleksji, inni jako coś bardzo dotkliwego. W świecie, w którym funkcjonuje zjawisko hejtu, takie żarty bardzo łatwo przekraczają granicę. Nie chciałbym, żeby szopka była odbierana jako hejt na nauczycieli czy kogokolwiek innego. Ta granica jest z jednej strony trudna do uchwycenia, a z drugiej dość jasna: nie można robić rzeczy, które polegają na dokopywaniu komuś, nawet jeśli są ubrane w formę żartu.
A.C.: A czy zdarzały się szopki na tyle kontrowersyjne, że były wyciągane jakieś konsekwencje prawne? Czasem obija nam się o uszy, że może do tego dojść. Myśli Pan, że to nowe zjawisko, czy takie sytuacje zawsze się zdarzały?
Dyr J. K.: Różnie było, ale zawsze się obrywa dyrektorowi - z każdej strony i od wszystkich. Czasami przybierało to już rozmiary komiczne, kiedy ktoś pisał skargę do miasta Krakowa albo tak jak w tym roku informował kuratorium, że w szopce obrażony był kardynał czy papież. W ubiegłym roku mówiono o ranieniu uczuć religijnych. Był też taki rok, w którym uznano, że obrażono prezydenta naszego kraju. Były to jednak rzeczy, które nie kończyły się wyciąganiem żadnych konkretnych, poważnych konsekwencji.
Natomiast trudno jest odpowiadać na tego typu zarzuty, kiedy się pojawiają. Dlatego powinniśmy bardzo pilnować, żeby to wydarzenie wracało do wnętrza szkoły i żeby była przestrzeń do rozmowy o tym, jak szopka powinna wyglądać. Na szczęście mamy tu dość mocno wyznaczone marginesy. Ja je wyznaczam. Z jednej strony szopka w jakiejś postaci musi się odbywać, bo jest wpisana w statut. Dopóki tak jest, dopóty będzie.
Z drugiej strony są wszystkie głosy mówiące, że szopka kogoś uraża, że ktoś się po niej źle czuje czy że budzi negatywne emocje. Co roku może więc zdarzyć się ktoś, kto szopkę przez jakiś czas ją odchorowywuje. Fajnie by było, aby nie było takich sytuacji, ale czasami nie da się tego przewidzieć.
Zdaję sobie sprawę, że bywało też tak, iż w szopce udało się przemycić treść, która kogoś szczególnie zabolała, a ja tego nie zauważyłem. Wiele razy miałem poczucie, że ktoś odebrał coś bardzo mocno, a ja nie, bo mnie to nie dotyczyło. Treści, które nas dotyczą, odbieramy dużo intensywniej. Patrzenie na siebie w szopce bywa trudne, ale nie sprawia, że nauczyciele przez cały rok pilnują się, żeby czegoś nie zrobić, co potem mogłoby się w niej pojawić. Muszę też przyznać, że ta terapeutyczna rola szopki w moim przypadku kiedyś zadziałała. Kiedy pierwszy raz wbito mi szpilę, wyciągnąłem wnioski i później pewnych rzeczy już nie robiłem. I tyle.
A.C.: O to również chciałam spytać. Nierzadko wynika to też z zachowania poszczególnych nauczycieli, że są częściej albo rzadziej przedstawiani.
Dyr.J.K.: Tak, to prawda. Trzeba sobie zapracować na to, żeby być w szopce. Pamiętam, jak pierwszy rok byłem dyrektorem i jedna z pań sprzątających, która już tu nie pracuje, powiedziała do mnie: „Panie dyrektorze, podobno mnie w szopce będą pokazywać”. Ja odpowiedziałem: „Nic mi o tym nie wiadomo”. Pani zapytała: „No ale co to będzie?”. A ja mówię: „To nie jest tak, że pani jest jakąś hipotetyczną postacią zupełnie. Ale wie pani co? Ja znam w tej szkole takich nauczycieli, którzy tu ponad dwadzieścia lat pracują i jeszcze ich w szopce nie pokazali. I to jest martwiące. Więc jak panią pokażą w szopce, to nie jest to powód do zmartwień”.
Potem pani była bardzo dumna i opowiadała, że jeszcze nigdy nikt ze sprzątających nie był w szopce grany, a ona była. Więc jak mówię, różne są podejścia. Są takie lata, takie szopki, kiedy mnie nie ma i wiem, że nie zapracowałem sobie, nie zrobiłem nic fajnego, co można by w szopce pokazać. A czasem jest tak, że wystarczy jedno wydarzenie i nagle można z tego zrobić całą scenę. To są rzeczy nieprzewidywalne.
W tamtym roku śmiałem się, że powinienem zostać dopisany do współautorów, bo cała jedna scena była właściwie moja. W trzech miejscach tylko zmieniono wypowiedź, żeby ją dostosować do potrzeb szopki, a reszta tekstu była dokładnie taka sama. Ci, którzy wiedzieli, z czego się śmiać, śmiali się. I akurat w przypadku tamtej szopki i tamtej sceny szopka świetnie spełniła swoją rolę, bo bardzo dużo osób związało z tą sytuacją duże emocje, również negatywne. Jak już się z tego pośmiali na szopce, to im trochę przeszło.
Przedstawienie mnie w żaden sposób nie mogło mnie dotknąć, bo tam były dokładnie moje słowa, tylko użyte na potrzeby szopki. Reszta była taka sama. Dobry żart sytuacyjny tworzy coś niepowtarzalnego, co nigdy nie będzie powtarzalne. Jak za pięć lat ktoś to zobaczy, to nawet jeśli mu się powie: „A wiecie, bo wtedy dyrektor unieważnił wybory”, to nie będzie w tym żadnego ładunku emocjonalnego. Tym osobom nic to już nie będzie mówić. I to jest przykład dobrej sceny w szopce.
Złe sceny są wtedy, kiedy ktoś chce nauczycielowi dokopać, przywalić mu z każdej strony. Wtedy ja protestuję i mi się to nie podoba. To nie jest miejsce do odgrywania się ani do zemsty. To nie jest na zasadzie: „No to my cię teraz pokażemy w szopce”. Nie o to chodzi. I różnie bywa w różnych teatrach. Czasem lepiej, czasem gorzej.
O.L.: A panie dyrektorze, jaka jest rola dyrekcji, a także grona pedagogicznego, w procesie zatwierdzania treści przedstawienia? Czy profesorowie mogą się nie zgodzić, żeby pewne sceny zostały zagrane?
Dyr. J.K.:Za nadzór nad szopką odpowiadają przede wszystkim jej opiekunowie i wtedy wyrzucana jest znakomita większość treści, która ich zdaniem nie powinna się znaleźć w ostatecznej wersji scenariusza.
I tu dobrze by było zacytować profesora Rybę, opiekuna szopki - zresztą w tegorocznym przedstawieniu pojawił się ten cytat - ,,to, co przedstawiacie jest beznadziejne” i tak dalej. Znajdźcie ten fragment lub zapytajcie o niego profesora Ryby, bo on jest cudowny, prawda? Szopkowicze słyszą to wielokrotnie. No bo gdyby nie, to mogłoby być niezbyt fajnie. Więc tak naprawdę opiekunowie trzymają to w ogromnych ryzach i każdy, kto w szopce uczestniczy, zdaje sobie sprawę z tego, że gdy szopki się skończą, my dalej musimy jakoś funkcjonować w szkole. To nie jest pole walki ani heksagon, gdzie możemy się umówić, że wszystko jest dozwolone. Tak wieć pewnych granic naprawdę nie możemy przekraczać.
Aczkolwiek wiele razy słyszałem od pojedynczych nauczycieli, że w danym roku niektóre, czy wręcz wszystkie granice zostały przekroczone. Jednak tak jak mówię, w takim momentach czuję, że te słowa odnoszą się do jakiejś konkretnej sceny czy sytuacji.
Z punktu widzenia dyrektora bardzo niedobrze jest wtedy gdy nagrania z szopki wyciekają gdzieś do sieci, bo to zawsze jest źródłem problemów, często zupełnie nieprzewidywalnych. Zresztą żyjemy w czasach, w których każde takie upublicznienie bez wcześniejszych zgód jest po prostu z definicji niezgodne z prawem.
A.C.: Dawniej nagrania niektórych szopek były dostępne na YouTubie.
Dyr. J. K.: To prawda, ale dawniej nie było RODO.
Aktualnie, aby udostępnić wideo, musielibyśmy uzyskać zgody od rodziców wszystkich aktorów niepełnoletnich i zgody podpisane przez aktorów pełnoletnich na wykorzystywanie ich wizerunku. Dodatkowo musielibyśmy jakoś rozstrzygnąć sprawę, kto ma do szopki prawa autorskie. Wtedy nagle mogłoby się okazać, że uruchomilibyśmy jakiś nieprawdopodobny aparat prawny, którego przestrzegania należałoby pilnować.
Może doszłoby do tego, że wyszukiwalibyśmy kto to upublicznia i żądalibyśmy tantiemów albo w ogóle musielibyśmy zarejestrować znak handlowy na wszelkie prawa zastrzeżone? No nie, byłoby to bez sensu, ponieważ wtedy tradycja szopki szybko zostałaby zniszczona przez sprawy techniczne.
Jeszcze innym problemem, z którym borykamy, są media zainteresowane szopką - radio czy telewizja. Często wyrażają chęć przeprowadzenia rozmowy z uczniami przygotowującymi przedstawienie i opowiedzeniem o tej tradycji w jakimś materiale.
Ja zawsze odpowiadam: nie, nie, nie. Chyba że jacyś dorośli i pełnoletni będą chętni.
Dlaczego? Bo tak jak w kwestii publikowania nagrań na Youtubie, należałoby wdrożyć całą procedurę i uzyskać zgody na wykorzystanie wizerunku. Cała formuła RODO jest bardzo obszerna - wymagane są m.in. szczegółowe informacje, kto jest administratorem danych osobowych i w jakim celu są one wykorzystywane.
Rozwiązanie jest proste. Dopóki szopka jest wydarzeniem wewnątrz szkoły, czyli przeznaczonym tylko do wewnątrz, to nadal spełnia swoją rolę taką, do jakiej została wymyślona. Jest skierowana do wewnątrz, odnosi się do tego, co się dzieje w szkole. Przedstawia sprawy szkolne, a więc w ogóle nie wychodzi do świata zewnętrznego.
A co najciekawsze, zawsze największe pretensje i najdziwniejsze opinie na temat szopki przychodziły z zewnątrz, od osób, które nigdy jej nie widziały albo w ogóle nie miały pojęcia, o co chodzi w tej tradycji. Były to nawet żądania o udostępnienie w trybie informacji publicznej, kto jest autorem scenariusza czy pokazanie jego treści. Nie mogłem spełnić takich wymagań, bo nie przechowujemy scenariuszy. Przedstawienia są tworzone ad hoc dla danego roku i nie dysponujemy takimi materiałami.
Tak więc przy organizacji tego wydarzenia często musimy lawirować pomiędzy tym, co chcielibyśmy zrobić, a czego nie możemy. Dyrektor szkoły nie jest właścicielem wizerunku aktorów, którzy grają. Nieco mnie to bawi, kiedy ktoś chce zasugerować, że nauczyciel został obrażony poprzez użycie jego wizerunku lub mówiąc, że na plakacie promującym przedstawienie jest zdjęcie pracownika szkoły. Tam nie ma zdjęcia nauczyciela, tam jest zdjęcie ucznia. Z tego powodu też można by było mieć pewne zastrzeżenia i zapytać ,,A gdzie jest zgoda rodzica na upowszechnianie wizerunku tego nieletniego ucznia na plakacie?” I tak dalej, i tak dalej.
Wraz z rozwojem technologii i pojawianiem się nowych przepisów prawnych, zostajemy postawieni przed nowymi problemami, nad którymi wcześniej nawet nie musieliśmy się zastanawiać.
Rozważamy też, czy i w jakiej formule utrzymywać szopkę absolwencką. Z prawnego punktu widzenia, lepiej by było z niej zrezygnować. Wtedy wydarzenie odbywało się tylko wewnątrz szkoły, widzieliby je tylko uczniowie i aktualnie pracujący nauczyciele. Ale odpadłby wartościowy komponent, jakim jest udział absolwentów szkoły.
Świetnym wyznacznikiem tego, co nie powinno w szopce się zdarzać są wydarzenia ze świata wirtualnego. No, łatwo odnieść się do doniesień medialnych sprzed kilku miesięcy na temat sytuacji w jednej z prywatnych szkół w Warszawie. Czy dopuszczalne jest, aby uczniowie uprawiali cyberbullying i pisali do swojej koleżanki ,,Piętnaście osób uważa, że jesteś brzydka, a drugie piętnaście Cię nienawidzi. Co tu jeszcze robisz?".
Wiemy, że w przestrzeni rzeczywistej takie zachowania są absolutnie nie do przyjęcia. Należy zatem postawić pytanie, jakim cudem ktoś na to pozwolił w przestrzeni wirtualnej? To jest taka rzecz, która miesza nam szyki, jeśli chodzi o szopkę, bo nie możemy tych dwóch światów - realnego i internetowego - w żaden sposób połączyć. I nawet jak ktoś mówi, że szopka hejtuje nauczycieli, to ja wiem, że próbuje mieszać ze sobą dwie rzeczywistości, które do siebie nie przystają. I oczywiście to bardzo trudne wyzwanie nie tylko dla szkoły, mnie jako dyrektora czy nauczycieli, ale przede wszystkim dla uczniów, bo Wy funkcjonujecie w świecie wirtualnym, a my świadomie wybieramy, aby w nim nie być.
No więc wiele elementów Szopki podlega dyskusji, ale chciałbym, aby w zmienianiu tego wydarzenia brali udział uczniowie.
Inną, ważną tradycją jest wybieranie reżyserii na kolejny rok, czyli kogoś, kto będzie stanowił gwarancję, że tradycja będzie kontynuowana. Ale bywały takie lata, że to się sypało - pamiętam opowieść profesora Wojnara, autora jednej z rzeźb, która znajduje się w naszej szkole - jako uczeń napisał on szopkę w jedną noc, bo na trzy dni przed premierą przedstawienia zespół aktorski się pokłócił i Szopkowicze zrezygnowali z poprzedniej wizji. Ale dzięki temu, że napisał nowy scenariusz, w ciągu dwóch dni zdążyli przygotować premierę od nowa.
No więc czasami jest tak, że przeszkody wydają się być niepokonalne. Ale, paradoksalnie, szopki są wtedy najlepsze.
A czy były trudne czasy, w których Szopka spotykała się z wieloma ograniczeniami? Tak, wiedzieliśmy, że pewnych rzeczy nie można zrobić, szczególnie, że za ewentualne problemy prawie zawsze odpowiada dyrektor. Zawsze staramy się też unikać takich sytuacji, w których to uczeń mógłby zostać wystawiony na jakieś niebezpieczeństwa. Możemy to zagwarantować, o ile Szopka nie jest rozpowszechniana poza mury szkoły.
Szopka ewoluuje, może nie zachodzą w niej żadne rewolucyjne zmiany, ale na pewno wygląda inaczej niż kilkanaście lat temu. Dzieje się tak z różnych powodów, ze względu na zmiany w otoczeniu, technologii czy narzędziach, których używamy do jej tworzenia.
Wracając do Szopek tworzonych w utrudnionych warunkach, za jedną z najlepszych szopek uważam tę powstałą w czasach pandemii. Mogło nam się wtedy wydawać, że Szopka zostanie odwołana, skoro uczniów nie ma w szkole i panują liczne ograniczenia w kwestii spotkań na żywo. No ale co? Szopka się odbyła. I była świetna.
A.C.: Skoro wystąpiły takie trudności, to w jakiej formie się odbyła?
Dyr. J.K.: Była jednorazowa transmitowana przez Youtube. Coś nieprawdopodobnego.
No więc, im więcej ograniczeń pojawia się przy organizacji tego wydarzenia w szopce, tym ciekawsze są pomysły, jak sobie z nimi poradzić.
Od czasu do czasu nauczyciele przychodzą z pomysłem, aby mogli zrezygnować z bycia granym w Szopce. Niektórzy nawet przywołują, że w przeszłości można było tak robić. Jednak ja nie pamiętam takiej możliwości.
Czasami uczniowie sami czują, że w danych okolicznościach nie należy z czegoś żartować. Było tak na przykład dziesięć lat temu gdy w naszej szkole zmieniał się dyrektor i unieważniono konkurs na to stanowisko. Takie sytuacje zawsze zaburzają normalne, szkolne życie i wzbudzają duże emocje. Dlatego jeśli uczestnicy Szopki sami czują, że z czegoś nie należy, przynajmniej jeszcze, żartować, to znaczy, że lepiej tego nie przedstawiać.
Chyba, że ktoś wymyśli sposób na to, jak coś zabawnie przedstawić. Bo chociażby takie moje stanięcie przy mównicy i przekazanie informacji, że unieważniam wybory szkolne, nie było czymś, do czego można byłoby napisać scenariusz, było zupełnie niespodziewane, prawda?
Natomiast ktoś inny powiedział to samo i uczynił tym wiele radości innym osobom.
Czyli czasem można nie przewidzieć, że coś stanie się materiałem do stworzenia sceny w Szopce, ale z odpowiednim wyczuciem można to wykorzystać. Jednak jak już mówiłem, uczniowie sami wyczuwają, że wyśmiewanie niektórych rzeczy, jak chociażby czyjegoś stanu zdrowia, nie jest stosowne. Więc w dyskusji na temat stosowności żartów w Szopce warto cofnąć się do definicji satyry i do jej rozumienia. Choć, odwołując się do zasad tego gatunku, może lepiej nie sięgajmy do jej najstarszych przykładów, bo wiemy przecież, jak obsceniczne potrafiły być komedie twórców starożytnych. Bardzo lubię spojrzenie klas klasycznych na tradycję Szopki, ponieważ ich uczniowie często rozumieją tego typu konotacje i odniesienia - wiedzą, jak wyglądały pierwsze komedie i że nie wszystko, co wymyślono w czasach antycznych, było tak górnolotne, jak dziś się nam wydaje. W starożytnych przedstawieniach używano wielu motywów, właśnie po to, aby publiczność rechotała. I w szopce też zdarzają się sceny wymyślone tylko i wyłącznie w tym celu.
A.C.: A z bardziej pozytywnych aspektów, jakie są kompetencje, które mogą zdobyć osoby tworzące szopkę? Czy pamięta Pan jakieś takie osoby, które najpierw grały w szopce albo działały w sekcji muzycznej lub scenograficznej, a później zajmowały czymś związanym z teatrem bądź sztuką?
Dyr. J. K.: Tak, oczywiście. Są to dość częste przypadki, ponieważ mamy dużą grupę absolwentów, którzy rozpoczynając swoją przygodę z szopką w którejś z sekcji - bo niekoniecznie było to tylko aktorstwo, także muzyka czy scenografia - odkrywali w sobie zupełnie nową pasję i potrzebę jej rozwijania w dalszym życiu.
W związku z tym, część absolwentów naszej szkoły zajmuje się zawodowo aktorstwem. Mamy też trochę absolwentów, którzy dzięki inspiracji w formie szopki poszli w stronę rozwijania swoich zdolności artystycznych lub muzycznych, w tym wokalnych. Więc tak, to z pewnością jest taka rzecz, którą widać gołym okiem.
Inną ważną kwestią jest też oczywiście rola terapeutyczna szopki. Osoby zaangażowane w przedstawienie, muszą w pewien sposób przełamać barierę przed publicznym występowaniem.
Nie jest to wcale łatwe, bo w szkole występów publicznych zazwyczaj udziela nauczyciel prowadzący lekcję, a uczeń pełni rolę widza. Ucząc się w szkole, można stresować się nawet przy publicznej odpowiedzi na pytanie, ze względu na weryfikowanie naszej wiedzy przez nauczyciela i skrępowanie wynikające z bycia obserwowanym przez resztę klasy. Tymczasem aktorzy w Szopce są obserwowani przez cały czas trwania występu, więc na pewno uczy ona sposobów na radzenie sobie z tremą. Przy czym nie jest to umiejętność, którą można raz nabyć i już nigdy nie mieć kłopotu ze wstydem. Znany, krakowski aktor Jerzy Trela został zapytany przy okazji benefisu pięćdziesięciolecia swojej pracy aktorskiej ,,Kiedy Pan przestał odczuwać tremę”, na co on zmarszczył czoło i odpowiedział ,,Jak to kiedy? Nigdy.”
Podsumowując, występując w takim przedstawieniu, można się nauczyć, że trema nigdy nie znika, ale, że da się ją przekształcić w motywację. Później taka umiejętność przezwyciężania stresu może pomóc przy okazji występów publicznych na studiach czy w pracy.
Udział w przygotowywaniu Szopki sprawia też okazję do socjalizacji. Żyjemy w czasach, w których świat technologii spowodował, że cierpimy na permanentny brak interakcji międzyludzkich. Czym się to objawia? Problemami z przeprowadzaniem konwersacji. Często gdy rozmawiam z nowym uczniem, którego nie uczę, jego mowa ciała pokazuje, że przeżywa stres przez sam fakt prowadzenia z kimś rozmowy. W ogóle komunikacja i kontrolowanie mowy ciała, chociażby utrzymywania kontaktu wzrokowego, jest pewną zdolnością, którą trzeba u siebie wypracować. Ale to wymaga bycia z innymi ludźmi. I Szopka jest jedną z okazji do nauki takiej komunikacji.
Podczas jej organizacji występują różne spory czy tarcia między Szopkowiczami, to normalne wśród ludzi, prawda? Coś wychodzi, coś nie, ktoś się czegoś nie nauczył lub nie przyszedł na próbę. Dochodzenie do porozumienia w takich sytuacjach to fantastyczna okazja z punktu widzenia rozwoju społecznego u młodzieży i odkrywania własnej roli w danej grupie. Nie potrzeba do tego organizacji zajęć integracyjnych, wystarczy wspólna organizacja przedstawienia. W takiej grupie naturalnie tworzą się więzi. Po zakończeniu ostatniego przedstawienia w danym roku widać moment gdy te emocje pękają.
Kończy się Szopka. Jest wiele osób, które są w czwartej klasie i wiedzą, że to jest naprawdę ostatni raz, kiedy mogli w niej zagrać. Ze wszystkich opada adrenalina, którą przeżywali ze względu na tak dużą liczbę przedstawień i wydarzeń, które miały miejsce w tak krótkim czasie. Te wszystkie rzeczy pozwalają uczestnikom Szopki poznać siebie nawzajem i najwyraźniej to widać właśnie wtedy. Nie będę Wam jednak zdradzać szczegółów, bo to, co dzieje się na Szopce, powinno zostawać na Szopce. Uważam to za bardzo istotne dla idei tego wydarzenia.
Nie powinna mieć ona dalszego oddziaływania niż ten moment, kiedy jest wystawiana. Jeżeli ktoś by mi zadał pytanie ,,Co było na Szopce? Podobno obrażaliście Papieża.” odpowiedziałbym ,,Papież był na naszej szopce? Co Wy opowiadacie? Chyba incognito. Różni ludzie przychodzą, ale on?”.
O.L.: Wcześniej wspomniał Pan, że szopka powinna zostać albo nawet ,,wrócić” do przestrzeni tylko i wyłącznie szkoły. Chciałabym więc zapytać, czy widzi Pan jeszcze jakieś inne możliwości modyfikacji formy czy samej treści szopki w najbliższej przyszłości?
Dyr. J.K.: Dopóki Szopka funkcjonuje i rozwija się niczym żywy organizm to nie mamy całkowitej możliwości decydowania o tym, jaka jest. To tak, jakby zapytać rodzica, czy jak patrzy na swoje dziecko, to wyobraża sobie, że powinno być inne. Może mieć swoje oczekiwania, ale niewiele zmieni, prawda? Może przefarbować dziecku włoski, ale na tym się kończy. Więc, jeśli szopka ma być żywa to musi odrobinę żyć własnym życiem.
Doskonale zdaję sprawę, że gdybym próbował wywrzeć jakiś nacisk na formę szopki to zadziałałoby to in plus, i tak byłaby zupełnie inna od moich oczekiwań.
Kiedyś powiedziałem, że marzyłby mi się szkolny zespół. Argumentowałem to tym, że sekcja muzyczna w Szopce to już gotowa ekipa i dziwiłem się, że nie przeobraziła się nigdy w stale występującą grupę. No więc powstał zespół, tylko wcale nie taki, jaki ja sobie wyobrażałem. Mamy orkiestrę, która tworzy przede wszystkim muzykę kameralną. Bardzo ją cenię i cieszę się, że w szkole powstało coś, o czym marzyłem, ale tak jak już wspomniałem, efekt końcowy wygląda zupełnie inaczej. Żyje samemu. Tak samo z Szopką. Gdybym chciał cokolwiek zmieniać to byłoby to moje własne przedstawienie, a nie tradycyjna Szopka Nowodworska. Nie wyobrażam sobie takiego działania z mojej strony.
Poza tym, opiekunowie Szopki co roku powtarzają, że to ostatni raz, kiedy sprawują pieczę nad tym wydarzeniem, zarzekają, że już nigdy więcej nie będą się tym zajmować. Jest to bowiem wysiłek nie tylko dla uczniów, ale także dla nauczycieli, dodatkowe zadanie, które wymaga ich poświęcenia.
Mogę sobie wyobrazić sytuację, w której zdecydowalibyśmy się na prostsze formy organizacji tego wydarzenia i dalej by ono funkcjonowało. Obecnie przy organizacji Szopki robimy dużo rzeczy, które są kłopotliwe organizacyjnie i wymagają sporych nakładów finansowych. Musimy się więc liczyć z tym, że Rada Rodziców mogłaby kiedyś zrezygnować z wspierania nas finansowo. Jestem w stanie też sobie wyobrazić rezygnację z Szopek absolwenckich z powodów, o których wcześniej już Wam mówiłem. Natomiast ostatnią rzeczą, którą mógłbym sobie wyobrazić byłoby kompletne zniknięcie tej tradycji. Tym bardziej, że jest ona wpisana w Statut Szkoły.
Jeżeli Szopka kiedyś przestanie być organizowana to dlatego, że nie będzie już uczniów, którzy by w niej grali. To jedyne, możliwe zagrożenie, które dostrzegam. Przedstawienie będzie musiało się zmieniać, tak jak cały świat wokół niego, ale to nie znaczy, że może zostać całkowicie usunięte.
Chciałbym jeszcze podkreślić, że nie wolno nam lekceważyć osób, które mają krytyczne podejście do Szopki czy różne obawy z nią związane. To nie są głosy krytyki tylko i wyłącznie nauczycieli, ale również uczniów, prawda?
Niektórzy mogą też bać się wystąpić ze względu na ewentualną reakcję nauczyciela, którego parodiują, zadawać sobie pytania ,,Jeżeli przedstawię jakiegoś nauczyciela, to, co on mi potem zrobi? Albo czy nic mi się nie stanie, jeśli w szopce coś powiem lub pokażę?”
Więc o tym na pewno warto wspomnieć, że nic nie jest czarno-białe. Wszystko, co jest dziełem ludzkim, ma w sobie pierwiastek niedoskonałości. Szopka jest niedoskonała w wielu warstwach, między innymi dlatego, że jest amatorska.
Można jednak sięgać do doświadczeń absolwentów, którzy są aktorami. Pamiętam taki opis, jak uczniowie poszli do Wyspiańskiego, który był już obłożnie chory. Odwiedzili go jednak, aby skonsultować projekt dekoracji do szkolnego przedstawienia ,,Antygony”. Doradził im, co zmienić i jak powinien wyglądać efekt końcowy. A kim byli jego goście? Odwiedził go m.in. Juliusz Osterwa, który wtedy oczywiście jeszcze nie nosił swojego pseudonimu scenicznego. Ale to tym bardziej podkreśla istotę i ciągłość tej tradycji.
Pamiętajmy też, ile ludzi buduje ten zespół. Często patrzymy tylko na aktorów. Większość z nas myśli sobie ,,Wow, ale to musi być niesamowite, aby stanąć na tej scenie.” Jednak bez pozostałych sekcji Szopka by się nie odbyła. Co roku słysząc próby sekcji muzycznej, odnoszę wrażenie, że jej członkowie ćwiczą przed premierą w większej częstotliwości, niż w szkołach muzycznych, do których duża część z nich chodzi. Dlaczego? Bo mają jakiś cel, łączy ich jakaś wspólna idea. To jest taka wartość dodana szopki, która jest cudowna, że potrafi być jakaś idea, która w dzisiejszym świecie potrafi zgromadzić ludzi wokół pewnego pomysłu i zmusić ich do działania. Ludzi, którzy przez starsze pokolenia są trochę odbierani jako nieangażujący się w żadne inicjatywy. Tacy, którzy nie podejmują wysiłku lub są oceniani jako tak wrażliwi, że powstrzymuje ich każda napotkana przeszkoda. A przy okazji Szopki widzimy, że aby przygotować takie przedstawienie, trzeba pokonać milion takich przeszkód, ale mimo wszystko ona powstaje. I, że sądy niektórych o młodym pokoleniu niekoniecznie są prawdziwe.
Chciałbym, aby takich aktywności, które pozwalają młodym się wykazać, było jak najwięcej. Szczególnie tych, które gromadzą ludzi w takie małe społeczności. Świetnym tego przykładem było też ubiegłoroczne przedstawienie przygotowane przez szkolne koło teatralne. Pokazało ono, że nie każda sztuka przedstawiana w naszej auli musi być satyrą, może mieć nieco inną formę, a wciąż być bardzo dobra. Tak samo podobały mi się koncerty fortepianowe, konkursy muzyczne i liczne występu orkiestry.
O.L.: Doszliśmy do ostatniego pytania. Jaką wskazówkę przekazałby Pan przyszłym pokoleniom nowodworczyków, którzy będą się zajmować szopką?
Dyr. J.K.: Żeby nie próbowali wzorować się na tym, co było kiedyś w szopkach. Bo szopka zawsze jest odbiciem w krzywym zwierciadle, ale odbiciem rzeczywistości aktualnej, tu i teraz. A próba przedstawienia w szopce czegoś, co miało miejsce w dalekiej przeszłości, zawsze kiepsko się kończy.
A.C. i O.L.: Bardzo dziękujemy za udzielenie wywiadu.



Comments