Historia dzieci z Woolpit
- Feb 7
- 4 min read

Woolpit to zwyczajne, angielskie miasteczko, liczące sobie nie więcej niż dwa tysiące mieszkańców. Leży około sto sześć kilometrów na północny wschód od Londynu, pięćdziesiąt od brzegu Morza Północnego. Swą nazwę miejscowość ta zaczerpnęła z połączenia dwóch staroangielskich słów: „wulf” oznaczającego wilka oraz „pytt”, czyli dół. Wzięło się to z faktu, iż w średniowiecznej Anglii wilki stanowiły realne zagrożenie, dlatego w wielu miejscach kopano doły-pułapki.
Dzisiaj Woolpit wydaje się być jedną z tych miejscowości, gdzie czas płynie własnym, powolnym rytmem, a jedynym zabytkiem jest górujący nad miasteczkiem kościół św. Marii. Dlatego kto by pomyślał, jakie historię skrywają mury, drogi i wilcze doły, wciąż stojące na straży miasteczka? Kto by pomyślał, że Woolpit, około dziewięćset lat temu, było świadkiem jednej z najbardziej intrygujących, a równocześnie zastanawiających zagadek średniowiecznej Anglii?
Najpierw jednak musimy cofnąć się do XII wieku, mniej więcej do roku 1150, kiedy to Woolpit było jeszcze tętniącą życiem miejscowością, przynajmniej w porównaniu z resztą kraju. Na tronie zasiadał wówczas król Stefan I, ostatni z dynastii normandzkiej. Panowało ciepłe lato, kiedy pewnego dnia w miejscowym wilczym dole żeńcy odkryli dwójkę dzieci – jednego chłopca i jedną dziewczynkę. Zebrani wokół mężczyźni nie tylko zauważyli, że dzieci były ubrane w zupełnie nieznany w XII-wiecznej Anglii materiał, oraz mówiły innym językiem, ale także ich skóra miała zielonkawy kolor. Z tymi drobnymi wyjątkami wyglądali jak ludzie, a przy tym bardzo podobni do siebie, ludzie dlatego świadkowie tego wydarzenia uznali, że muszą być oni rodzeństwem.
Dzieci wydawały się niepewne i przerażone, ale całe szczęście pozwoliły się doprowadzić do wioski. Tam postanowiono jakoś się nimi zająć, jednak ku zaskoczeniu mieszkańców, rozpłakały się one na widok chleba.
Przez kolejne kilka dni wszyscy mieszkańcy (włączając w to miejscowego znachora) usiłowali za wszelką cenę zmusić dzieci do jedzenia, jednak wszystkie ich działania okazywały się bezskuteczne. Po mniej niż tygodniu rodzeństwo, po zauważeniu miski bobu, rzuciło się na nią. Według doniesień, ich dieta od tamtej pory składała się ze strąków surowej fasoli oraz trawy.
Wkrótce dzieci zamieszkały z sir Richardem de Calne (miejscowym właścicielem ziemskim mieszkającym około dziesięć kilometrów od Woolpit), który zapewnił im schronienie i wyżywienie. Z czasem ich dziwny, zielony odcień skóry zaczął niknąć. Dzieci doczekały się nawet chrztu, no, przynajmniej jedno z nich – chłopiec, który podobno był młodszy od swojej siostry, według podań kilka dni wcześniej zaczął chorować i zmarł.
Tymczasem dziewczynka po pewnym czasie nauczyła się angielskiego i wyjawiła swoim opiekunom niezwykłą historię. Wyznała, że wraz z bratem przybyli z podziemnej krainy, w której słońce nigdy nie świeci, krainy, gdzie wszystko jest zielone. Krainy, którą nazwała Ziemią Świętego Marcina.
Powiedziała też, że jej ojczyzna oddalona jest od Wielkiej Brytanii „wielką wodą”, a życie tam toczy się w półmroku.
Według drugiego podania zaś dziewczynka powiedziała, że wraz z bratem przyszli na świat w podziemnym mieście. Pewnego dnia jednak paśli bydło, za którym weszli do pewnej jaskini. Wtem podobno usłyszeli dźwięk dzwonów, za którym podążali, aż znaleźli się na nieznanym lądzie.
XII-wieczny kronikarz, duchowny i historyk William z Newburgh (który, swoją drogą, był też sceptykiem legend) w swojej relacji podkreślił, że dziewczynka wraz z bratem wyszli za odgłosem dzwonów z katedry z pobliskiego miasta Bury St Edmunds, które znajduje się dwanaście kilometrów od samego Woolpit.
Ta historia została opisana przez dwóch kronikarzy, m.in. przez wymienionego powyżej Williama z Newburgh, a także Ralpha z Coggeshall. Ten pierwszy spisał wydarzenia na podstawie podań i doniesień, gdyż sam mieszkał w hrabstwie Yorkshire, po drugiej stronie kraju, co w XII wieku było oczywistym ograniczeniem transportowym. Drugi z nich także był duchownym. Mieszkał co prawda około pięćdziesiąt kilometrów od miejsca wydarzeń, jednak opublikował swoje dzieło w 1220 roku, więc jego wersja także mogła nie być zbyt dokładna. Warto jednak dodać, że przed stworzeniem dzieła skontaktował się z samym sir Richardem de Calne.
A jak zakończyła się historia dziewczynki? Cóż, co do tego badacze nie są do końca zgodni. Podobno nadano jej imię Agnes, a według Ralpha przez wiele lat była ona służącą w domu Richarda de Calne. William zaś opisał, że poślubiła pewnego mężczyznę z miasteczka King’s Lynn (niektórzy badacze wskazują na sędziego i uczonego Richarda Barre’a).
Jest wiele bardziej i mniej możliwych wyjaśnień pochodzenia dzieci z Woolpit (zakładając oczywiście, że nie wierzymy Agnes). Pierwsza twierdzi, że dzieci były przybyszami z obcego wymiaru albo kosmosu. Ta teoria została rozpropagowana przez szkockiego pisarza Duncana Lunana, który opisał ją w 1996 roku w magazynie ,,Analog Science Fiction and Fact”.
Kolejna teoria mówi, że dzieci mogły mieszkać w okolicach kopalni krzemu, po czym zgubić się w jednej z wielokilometrowych jaskiń. Zielony odcień skóry wyjaśnia się chorobą blednicą, wywołaną niedożywieniem.
Ostatnia, prawdopodobnie najbardziej racjonalna, brzmi, że rodzicami dzieci byli imigranci z Flandrii (Belgia), którzy przybyli do wschodniej Anglii na początku XII wieku. Uważa się, że „Ziemią Świętego Marcina” jest wioska Fornham St Martin, która w 1173 roku była świadkiem tak zwanej bitwy o Fornham między ówczesnym królem Henrykiem II a rebelią wywołaną przez jego synów (długa historia). W tej bitwie brali udział między innymi flamandzcy najemnicy. Rebelianckie siły zostały ostatecznie rozbite w pobliżu wioski Fornham St Martin, a następnie najemnicy zostali wpędzeni w miejscowe bagna, a tam zabici przez chłopów. I właśnie rodzicami dzieci z Woolpit mogli być owi flamandzcy najemnicy. W tej wersji także ich zielony kolor skóry przypisuje się chorobom.
Tajemnicza historia dzieci z Woolpit, mimo swojego dużego wieku, wciąż fascynuje i pobudza wyobraźnię wielu ludzi na całym świecie. Czy naprawdę mieliśmy do czynienia z dwójką zagubionych dzieci? A może jednak jest to jeden z pierwszych opisanych przypadków kontaktów ludzi z istotami pozaziemskimi? Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, co stało się naprawdę tamtego zwykłego, letniego dnia w zwykłej angielskiej wiosce dziewięćset lat temu. A kto wie, jakie jeszcze opowieści skrywają karty historii?
Bianka Paleczny



Comments