top of page

Skład towarów różnych

  • Jun 23, 2021
  • 14 min read


Do „Składu towarów różnych” na ulicy Floriańskiej 37 trafiłem po raz pierwszy jako dziesięcioletni chłopiec. Pewnego marcowego popołudnia 1919 roku szedłem ze szkoły i złapała mnie w drodze ulewa. Nie chcąc przemoczyć ubrania – wiedziałem, że matka byłaby wielce niezadowolona - bez namysłu przekroczyłem próg pierwszego lepszego sklepu. Kiedy tylko zatrzasnęły się za mną drzwi poczułem, jakbym znalazł się w świecie nie do końca rzeczywistym. Mroczne wnętrze wzbudzało lekki dreszcz obawy, ale i podekscytowania. Wszystkie ściany sklepiku były tak gęsto obwieszone półkami, haczykami i wieszakami, na których wisiały lub leżały przeróżne cuda, że nie było spod nich widać tapety. Czegóż tam nie było! Orientalne przyprawy w płóciennych woreczkach, bele materiałów, rękawiczki, kapelusze wszystkich wzorów i fasonów, najdziwniejsze zabawki, przerażające maski, broń biała i palna, flakoniki z perfumami… Długo by wyliczać!

Całe to bogactwo wywarło na mnie takie wrażenie, że zatrzymałem się zaraz przy drzwiach i zadarłszy głowę do góry chłonąłem te niezwykłe widoki zapominając o bożym świecie. Z rozmarzenia wyrwał mnie schrypnięty głos dobiegający zza masywnej, wysokiej jak zamkowy mur lady:


-Czegoś sobie życzysz, moje dziecko?


Zza lady wysunął się staruszek tak przygarbiony, że wydawał się być niewiele wyższy ode mnie. Jego przeraźliwie chuda postać odziana była w wypłowiały garnitur w prążki, szyję otaczał sztywny, niemodny kołnierzyk i tylko atłasowe zarękawki wyglądały na zupełnie nowe.

Wyjąkałem:


-Nie, ja tylko… Przepraszam, chciałem schronić się przed deszczem, ale już stąd idę. – zmieszany widokiem tego osobliwego człowieka odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę drzwi.


- Ależ nie ma za co przepraszać, sklep jest przecież po to, aby ludzie do niego wchodzili, prawda? Zostań, jeśli chcesz. Widzisz, nie przestało jeszcze padać. – starzec wskazał na małe okno sklepu, za którym rzeczywiście lały się strugi deszczu.

Zadreptałem w miejscu niezdecydowany. Tajemniczy właściciel i wnętrze sklepu onieśmielały mnie, ale z drugiej strony byłem ciekaw tego miejsca, jak nowej baśni. Staruszek odczytał moje wahanie jako chęć pozostania, bo ożywił się i spytał:


- Czy umiesz rachować, mój chłopcze?


Jego słowa nieco zbiły mnie z tropu, ale po chwili z dumą pokiwałem głową. Byłem przecież najlepszy z rachunków w mojej klasie.


-Pomóż mi zatem policzyć dzisiejsze przychody a ja w zamian opowiem ci co nieco o moim sklepie.


Wskazał na leżącą na ladzie ogromną księgę rachunkową, więc wspiąłem się na wysoki stołek stojący obok i objąłem wzrokiem zapisane ciemnym atramentem kolumny liczb.


Właściciel składu przyniósł sobie z zaplecza wytarty fotel i wsunął mi do ręki pióro.

-Teraz wystarczy, że podliczysz wszystkie liczby napisane pod datami z tego tygodnia.


Pogrążyłem się w rachunkach, starzec tymczasem rozparł się w fotelu i zdawał się drzemać.


Po kwadransie odłożyłem pióro i wyczekująco spojrzałem na sprzedawcę. Chciałem teraz usłyszeć zapowiedzianą opowieść o sklepie. Byłem przekonany, że tak niezwykłe miejsce musi posiadać równie fascynującą historię.


- Podliczając przychody zapewne zauważyłeś, że nie mam tu zbyt dużej klienteli. Wszyscy kupują teraz w eleganckich i nowoczesnych domach handlowych, a mój sklepik traktują jak graciarnię niewartą uwagi. Ale! – tu starzec podniósł do góry palec, a ja aż podskoczyłem na taborecie z przestrachu – Nie mają racji! Moje produkty nie są dla mas, ale tylko dla największych koneserów. Takich rzeczy, jakie ja posiadam, nie znajdziesz w żadnym innym miejscu, choćbyś szukał po całym Krakowie.


Z zadziwiającą zręcznością wstał z fotela i stanąwszy na palcach sięgnął po jakiś przedmiot spoczywający na jednej z wyższych półek przymontowanych do ściany. Kiedy obrócił się w moją stronę, trzymał w rękach ozdobną pozytywkę. Po otwarciu wieczka ujrzałem kręcący się w takt muzyki orszak figurek dzikich zwierząt ubranych w bardzo eleganckie ubrania. Nie zdążyłem nasycić się widokiem tego skarbu, bo starzec zamknął pozytywkę i odłożywszy ją na miejsce sięgnął po czarną jak smoła maskę przedstawiającą ludzką twarz z wysuniętym na brodę krwistoczerwonym językiem.


-To maska z samego serca Afryki, wykonana przez plemię prawdziwych ludożerców – wyjaśnił a ja spojrzałem na maskę z przestrachem.


Starzec pokazywał mi kolejno różne skarby: zdobioną misternie strzelbę, latawca w kształcie czerwonego smoka, futro gigantycznego niedźwiedzia, wypchanego rajskiego ptaka oraz serię malowanych farbami ilustracji przedstawiających nieznane mi zupełnie kraje.


Patrzyłem na to wszystko z takim zainteresowaniem, że nie zwróciłem zupełnie uwagi na to, że przestało padać i nadeszła godzina, o której już dawno powinienem być w domu. Z tego oczarowania zbudziło mnie w końcu bicie stojącego w kącie zegara. Przestraszony perspektywą dostania w skórę od ojca za tak późny powrót, pożegnałem szybko sklepikarza i pędem pobiegłem do domu. Ojciec oczywiście dał mi lanie, jednak łzy, które łykałem potem w pokoju osładzała mi myśl, że jeszcze odwiedzę pełen cudów sklep. Od tego dnia niemal codziennie odwiedzałem starego sklepikarza, pomagałem mu w rachunkach a on wyciągał coraz to nowe przedmioty i opowiadał o nich niesamowite historie.


Moje wizyty skończyły się jednak po paru miesiącach. Ojciec uznał, że jestem już na tyle dorosły, aby wysłać mnie do gimnazjum z internatem. Wyjechałem więc i szybko zapomniałem o sklepikarzu. Przez dziesięć lat, które spędziłem daleko od mojego rodzinnego miasta i przez kolejne pięć, w czasie których zajmowałem się rozwijaniem mojej handlowej kariery ani razu nie pomyślałem o powrocie do tamtego sklepu. Aż do dnia, w którym dostałem go na własność.


Moje zdumienie nie znało granic, kiedy pewnego styczniowego poranka mój prawnik oznajmił, że testamentem staruszka dziedziczę sklep pod numerem 37 na ulicy Floriańskiej. Miejsce, w którym spędziłem tyle szczęśliwych godzin mojego dzieciństwa należało teraz do mnie.


Przez parę dni zastanawiałem się, co skłoniło osobliwego starca do zapisania sklepu osobie, którą widział ostatni raz piętnaście lat wcześniej. W końcu w sobotnie popołudnie miałem wystarczająco dużo czasu, aby wybrać się na Floriańską i poszukać tam jakichś wskazówek mówiących, co mam teraz ze sklepem począć. Od dwóch lat prowadziłem świetnie prosperujący dom handlowy odziedziczony po moim ojcu i nie miałem zielonego pojęcia, na co mógłby mi się przydać mały sklepik z - jak się wyraził sklepikarz - „rzeczami tylko dla koneserów”.


Dotarłem na ulicę Floriańską przez całą drogę trzymając w kieszeni płaszcza pęk kluczy do sklepu i zaciskając palce na ich kółku. Bałem się, że je zgubię, za co wtedy szanowny sklepikarz odpoczywający już w zaświatach z pewnością obraziłby się na mnie. Kiedy w końcu stanąłem przed drzwiami sklepu chwilę jeszcze trząsłem się z zimna na ulicy, bo zabrakło mi śmiałości, żeby od razu wejść do środka. W końcu otworzyłem jednak zamek i przekroczyłem próg. W jednym momencie doznałem wrażenia, że znów mam dziesięć lat i jestem rozbrykanym chłopcem, który wszedł do tego sklepu, aby schronić się przed deszczem. Nic się tu nie zmieniło, tylko sufit wydawał się wisieć nieco niżej a dębowa lada nie była już tak przytłaczająca. Cała reszta jednak – zabawki, broń, galanteria – wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak piętnaście lat temu, kiedy po raz ostatni na nie patrzyłem. Czekało tu na mnie.


Po krótkiej chwili otrząsnąłem się z dziecięcego zachwytu. „Jestem tu tylko dla dobra moich interesów. Chcę dowiedzieć się, jakie korzyści może mi przynieść to miejsce” – pomyślałem, kładąc kapelusz i rękawiczki na ladę. Cofanie się do wspomnień z czasów beztroskiego dzieciństwa wydawało mi się oznaką słabości. Ściągnąwszy płaszcz zatarłem dłonie, aby samemu dodać sobie animuszu i zabrałem się za przeglądanie zawartości sklepu. Po kolei zdejmowałem artykuły z półek zastanawiając się, czy mógłbym je sprzedać w moim domu handlowym, wszystko jednak wydawało mi się zbyt wiekowe lub zbyt osobliwe dla moich klientów.


Gdy po trzech godzinach większość asortymentu była już przejrzana, skierowałem się na zaplecze, aby sprawdzić, czy tam sklepikarz nie zostawił czegoś istotnego dla swojego spadkobiercy. Dowiedziałem się wcześniej, że staruszek zmarł na suchoty, które męczyły go już od jakiegoś czasu, wiec jego śmierć nie była dla nikogo niespodzianką. Wychodziłem z założenia, że nie miał żadnej rodziny, która by się nim opiekowała, ani która mogłaby odziedziczyć jego sklep, więc dlatego uznał mnie za godnego swojego niezwykłego mienia.


Na zapleczu panował niesamowity porządek, jakby ktoś przyszedł tu przede mną i wypucował wszystko do połysku. To wrażenie sterylności minęło jednak, gdy jednym z otrzymanych wcześniej kluczy otworzyłem szufladę stojącego pod oknem zwalistego biurka. W środku leżały skotłowane, poplamione nieraz papiery oraz przeróżne przedmioty piśmiennicze. Z lekkim westchnieniem wyciągnąłem z biurka całą szufladę wraz z jej zawartością i zacząłem przeglądać spoczywające tam kartki. Większość były to zapiski dotyczące przedmiotów zakupionych do sklepu, ale prawe wszystkie pochodziły sprzed ponad dziesięciu lat. Z trudem rozczytywałem drobne pismo sklepikarza. Spędziłem prawie godzinę przeglądając rachunki. Liczyłem, że natrafię na coś nowego, coś przedstawiającego jakąś wartość handlową, ale wyglądało na to, że wszystkie kartki dotyczyły tylko naprawdę zamierzchłych transakcji.


Straciłem ochotę do dalszego rekonesansu i począłem chować kartki z powrotem do biurka. W pewnym momencie w mojej dłoni znalazł się rachunek wypisany w języku angielskim. Co dziwne, na dokumencie wyraźnie zapisana była cena – całkiem wysoka, ale nigdzie nie mogłem odnaleźć informacji, co za nią zostało kupione. Zaintrygowany ostrożnie schowałem papier do kieszeni i postanowiłem czym prędzej wrócić do domu. Miałem niejasne przeczucie, że przedmiot, którego zakup potwierdzał ten rachunek mógł okazać się wartościowy. Miałem nadzieję, że nadal znajduje się w sklepiku.


Pośpiesznie chwyciłem z lady kapelusz i rękawiczki, zamknąłem drzwi na klucz i złapałem fiakra. Kilka minut później byłem już w połowie drogi do domu. W dobrym humorze rozparłem się wygodnie na siedzeniu dorożki i wtedy zauważyłem, że z kołnierza mojego płaszcza obsypuje się kilka ziarenek piasku. Przyjrzawszy się dokładniej dostrzegłem, że całe moje prawe ramię ubrudzone jest jasnożółtym pyłem. Zdziwiony oczyściłem ubranie i po krótkim zastanowieniu doszedłem do wniosku, że jest to zapewne wina od dawna nie wycieranych półek sklepowych, po których dziś buszowałem.


Po powrocie natychmiast napisałem do mojego prawnika notkę z prośbą o spotkanie i kazałem dostarczyć ją najszybciej, jak to możliwe. Sprawa tajemniczego rachunku dręczyła mnie coraz bardziej. Przez prawie godzinę przypatrywałem się kartce próbując odgadnąć, jakiego zakupu dotyczy. Moja wyobraźnia podsuwała mi same fantastyczne obrazy, chwilami byłem niemal pewien że sklepikarz za taką sumę zakupił jakąś cenną rzeźbę, obraz, lub jakiś unikatowy egzemplarz książki. Szczególnie nurtowało mnie obce nazwisko sprzedawcy, które wydawało mi się pochodzić z jakiegoś egzotycznego kraju, z Bliskiego Wschodu lub Afryki.


Moje rozmyślania zostały przerwane przez nadejście prawnika. Usiedliśmy obaj w fotelach przy kominku a ja wyłuszczyłem mu sprawę intrygującego mnie dokumentu. Wręczyłem mu go i prawnik na dobrą chwilę zagłębił się w analizowaniu rachunku.


- Muszę pana zmartwić – powiedział w końcu – Zapomniałem wcześniej o tym panu wspomnieć, ale zaraz po otrzymaniu kluczy do pańskiego sklepu wstąpiłem tam na chwilę, żeby upewnić w jakim stanie jest wnętrze. W rogu zaplecza stało pudło z czymś, co wyglądało na egipską mumię jakiegoś zwierzęcia, najprawdopodobniej kota. Schowałem ją do skrzyni przy ścianie, żeby nie zawilgotniała. Niestety, przedstawia ona bardzo niską wartość. Nie mam pojęcia, dlaczego poprzedni właściciel wydał na nią tak dużą sumę, bo jestem całkiem przekonany, że ten rachunek dotyczy właśnie tego biednego kota. Proszę spojrzeć, rzecz dotyczy towaru z Egiptu, z Gizy, a tam właśnie biedni wieśniacy sprzedają obcokrajowcom starożytne mumie zwierząt, których jest wiele na rynku, do użyźniania ogródków.

Z rozczarowania zaniemówiłem. „Czyli moje podekscytowanie wzbudził rachunek za nawóz” – pomyślałem ze smutkiem. Podziękowałem serdecznie prawnikowi a gdy ten wyszedł, ze złością cisnąłem dokument do kominka i postanowiłem sobie, że następnego dnia policzę się również z mumią…


Nazajutrz udałem się ponownie do sklepu, aby rzucić okiem na nieszczęsne kocie truchło. Rzeczywiście, tak jak mówił prawnik, w skrzyni leżała zapakowana w szary karton i wielokrotnie owinięta w bandaże zwierzęca mumia. Kształtem przypominała kota, więc postanowiłem uwierzyć prawnikowi na słowo i nie rozpakowywać do końca tego makabrycznego „nawozu do roślin”.


Cały dzień spędziłem w sklepiku w taki sam sposób, jak poprzednio: spisywałem artykuły, czyściłem je i porządkowałem wnętrze. Kiedy wreszcie zapadł zmrok byłem wykończony, ale bardzo z siebie zadowolony. Nie chciałem powierzyć tej pracy nikomu innemu, bo mimo upływu lat ciągle czułem sentyment do tego miejsca. Obawiałem się, że jeśli zatrudnię kogoś do sprzątania, ów czar, który „Skład towarów różnych” miał tylko dla mnie, pryśnie.


Na koniec uporządkowałem ponownie rachunki i postanowiłem wracać do domu. Wstałem zza biurka i gdy wszedłem do głównej części sklepu spostrzegłem, że cała lada obsypana jest drobnym, żółtym piaskiem – takim samym, jaki znalazłem wczoraj na moim płaszczu. „Znowu pewnie posypało się coś z półki. Albo może to jest tynk z sufitu?” – myślałem wycierając ladę. Zanim wyszedłem, stanąłem jeszcze na stołku i dokładnie opukałem sufit nad ladą, ale wyglądał na nienaruszony.

Przez cały prawie miesiąc spotykałem się z odpowiednimi ludźmi, załatwiałem wszystkie potrzebne formalności i pewnego poniedziałku byłem już gotowy do otwarcia interesu. Wcześniej postanowiłem, że oderwę się trochę od męczących mnie już spraw domu handlowego i „zabawię się” w sklepikarza. Zatem, tak długo jak będzie to przynosiło zyski, poprowadzę go sam.


Pierwszego dnia nowej pracy z samego rana wkroczyłem dostojnie do sklepu czując, że zaczynam właśnie nowy etap w moim życiu. Moje podniecenie minęło w jednej chwili, kiedy wszedłszy na zaplecze ujrzałem ciągnące się wzdłuż blatu biurka ślady kocich pazurów. Zakląłem szpetnie i ze zmartwieniem zacząłem oglądać mebel. „Z pewnością zostawiłem wczoraj otwarte okno i jakiś dachowiec dostał się do środka. Ależ ze mnie głupiec!” – zganiłem samego siebie, sprawdzając po kolei wszystkie okna w sklepie. Jedno z nich rzeczywiście pozostawiłem dzień wcześniej lekko uchylone.


„Trzeba będzie biurko oddać do renowacji, przecież nie mogę przy czymś takim pracować. Już mam wydatki a jeszcze żadnych przychodów!” – pomyślałem ze smutkiem. Z zupełnie zepsutym humorem rozglądnąłem się jeszcze raz po sklepie, aby sprawdzić czy nocny intruz nadal tam przypadkiem nie siedzi a gdy skończyłem mój obchód usiadłem ze zrezygnowaniem przy ladzie w oczekiwaniu na pierwszych klientów.


Tuż po godzinie dziesiątej na szczęście do mojego sklepu zaczęli przybywać pierwsi zainteresowani towarami z różnych stron świata ludzie. Widać reklama, którą umieściłem w głównej witrynie mojego domu handlowego przy ulicy Grodzkiej spełniła swoją rolę. Część klientów wchodziła na chwilę, z lekkim zdziwieniem rozglądała się po sklepie i wychodziła nic nie kupiwszy, część jednak była zachwycona oryginalnością asortymentu. Gdy o godzinie siedemnastej zamykałem sklep mogłem ze spokojem stwierdzić, że zarobiłem akurat tyle, aby zapłacić za szlifowanie biurka. W swoim ukontentowaniu nie zauważyłem, że podłoga zaplecza pokryta jest cieniutką warstewką pustynnego piasku.


Interes kręcił się znakomicie. Jedynym moim zmartwieniem był piasek, który cały czas zdawał się chrzęścić pod stopami. Codziennie skrupulatnie sam go sprzątałem, ale na drugi dzień zawsze było go tyle samo. Nabrałem przekonania, że drzwi i okna są nieszczelne, przez co wiatr nawiewa do środka piach z ulicy. Na szczęście, mój nowy interes i, jak to mówią Anglicy „hobby”, cieszył się na tyle dużym powodzeniem wśród krakowian, że z czystym sumieniem mogłem sobie pozwolić na wymienienie okien z futrynami oraz drzwi. Nie zmieniło to jednak wiele, piasek nadal skądś się pojawiał. Po długich naradach z moją gospodynią, która była wszak ekspertem od porządku, doszliśmy do wniosku, że tym co szwankuje jest niewymieniana nigdy podłoga ze starych dębowych desek. Nie zdecydowałem się jednak na położenie nowej, bo nie byłem jeszcze do końca pewny, czy mój sklepik wart jest takiej inwestycji. "W końcu trochę piasku jeszcze nikomu nie zaszkodziło. A i tak, jak tylko trochę popada klienci będą wnosić błoto z ulicy."


Przez miesiąc nic mnie nie niepokoiło. Krążyłem pomiędzy domem handlowym, który wymagał mojego nadzoru a „Składem towarów różnych”. Dom handlowy był obowiązkiem, sklepik natomiast przyjemnością. Przenosiłem się w nim w czasy dzieciństwa, codziennie przypominałem sobie jakąś historię, przygodę, która przydarzyła mi się w tym pełnym wtedy magii miejscu. Trwałem w takim stanie błogiego odrętwienia do dnia, kiedy ubierając się rano wytrzasnąłem z świeżo upranego ubrania… ziarenka piasku. Wstrząsnął mną wtedy dziwny dreszcz i przez dobrą chwilę nie mogłem oderwać wzroku od żółtego miału. Gdy ochłonąłem najgrzeczniej jak umiałem upomniałem moją gospodynię za niestaranne pranie ubrań, mimo iż ona zarzekała się, że jeszcze parę godzin wcześniej mój strój był czysty jak łza. Wtedy po raz pierwszy skojarzyłem ostatnie dziwne wydarzenia ze spoczywającą na zapleczu sklepu mumią. Ślady kocich pazurów, piasek jak z egipskiej pustyni… Zrugałem sam siebie za bycie przesądnym. „Przecież dorosły, inteligentny człowiek nie może myśleć w tak śmieszny sposób” – potrzasnąłem głową i zabrałem się za sprzątanie piasku. Nie chciałem, żeby ktokolwiek dowiedział o tym wydarzeniu, bo pytanie o pochodzenie piasku dotykało mojego małego sklepiku. A stał się on dla mnie bardzo osobistym miejscem, sanktuarium wspomnień i wzdrygałem się na myśl, że coś przyziemnego, jakieś racjonalne pytanie, mogłoby skalać tę aurę intymności.


Postanowiłem rozprawić się z tym problemem sam. Aby udowodnić sobie, że nie jestem zabobonny, pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po przyjściu do sklepu było wyciągnięcie mumii kota ze skrzyni i postawienie jej tuż obok lady. I tak mumia wpatrywała się we mnie codziennie, podczas gdy ja zajęty byłem codzienną krzątaniną handlowca.


Przez pewien okres, kiedy tylko miałem wolną chwilę, uwijałem się po sklepie jak szalony z miotłą w ręku, bo napadały mnie obawy, że ubrudzona podłoga odstraszy wrażliwe klientki. Sprzątałam też zawsze przed zamknięciem i często taka praca zajmowała mi nawet po dwie godziny dziennie. Nie chciałem przy tym przyznać się sam przed sobą, że piasek niezmiennie wywołuje we mnie dziwny niepokój.


Wczesną wiosną postanowiłem zażyć wreszcie trochę odpoczynku od tej syzyfowej pracy. Choć wymagało to silnej woli, żeby pozbawić się przyjemności przebywania w nim, zdecydowałem się zamknąć sklepik na cały tydzień. Przez ten czas na przemian wizytowałem mój dom handlowy, do prowadzenia którego od dobrych paru miesięcy nie przykładałem się z należytą starannością oraz wyjeżdżałem za miasto. Moja gospodyni namawiała mnie do pozostawania w mieszkaniu, bo dnie były jeszcze chłodne, miejscami śnieg jeszcze nie zupełnie stopniał a słońce rzadko się pokazywało. Ja jednak nie mogłem znieść uczucia wciskających się wszędzie ziarenek piasku, które to wrażenie było o wiele bardziej uciążliwe w pomieszczeniach niż na otwartym powietrzu.


Przerwa dobrze mi zrobiła. Po powrocie do sklepiku mniej oddawałem się wspomnieniom, byłem bardziej skupiony na obsłudze klientów i lepiej tolerowałem przenikliwe spojrzenie bezokiej mumii. Nauczyłem się też ignorować piasek, który w coraz większych ilościach pojawiał się w sklepie budząc nierzadko zdziwienie moich klientów. Tłumaczyłem im to tak, jak wcześniej sobie, choć sam przestałem już w to wierzyć, mianowicie wzmożonym ruchem pojazdów konnych na ulicy i wiatrami.

Czasem rozważałem wymianę podłogi, ale obawiałem się, czy będę w stanie utrzymać zdrowie psychiczne, jeśli przestanie to być już usprawiedliwieniem a piasek nadal będzie się pojawiał.


Zabobonny niepokój, mimo że próbowałem go zwalczać, rósł we mnie z dnia na dzień i po jakimś czasie obawiałem się zostawać sam w sklepie. Zamykałem wcześniej, bo nie chciałem przebywać z mumią po zapadnięciu zmroku. Mimo, że budziła ona we mnie irracjonalny strach, nie chciałem chować jej z powrotem do skrzyni, bo byłoby to przyznanie się do porażki. Po jakimś czasie na moim biurku zaczęły pojawiać się kolejne ślady kocich pazurów, ale nie miałem już siły ich usuwać.


Pewnego ranka, gdy chwilę po przebudzeniu przekręciłem się na drugi bok i przytuliłem twarz do poduszki... poczułem na skórze nieprzyjemne dotknięcie małych ziarenek. Jak oparzony zerwałem się na równe nogi i spostrzegłem ze zgrozą, że tym razem cała pościel jest wręcz zasypana niczym innym jak piaskiem. Potrząsnąłem głową a z moich włosów posypało się jeszcze więcej żółtego miału. Tego samego ranka, po kryjomu sam wyniosłem pościel do pralni nie chcąc się narażać na niewygodne pytania mojej gospodyni. Następnie wykąpałem się starannie i rzuciłem się na fotel. Spałem jak zabity aż do południa.


Od tamtej pory tak wyglądał każdy mój poranek. W nocy również często byłem budzony przez malutkie ziarenka przesypujące się w pościeli. Nieustannie miałem wrażenie, że jeszcze parę dni a utracę na dobre zdrowe zmysły - z niewyspania i nieustannego niepokoju. W końcu, aby rozerwać się trochę i zapomnieć o troskach postanowiłem wybrać się na eleganckie przyjęcie urodzinowe mojej dalekiej kuzynki.


Dokładnie wyczyściłem ciało z piasku, ubrałem się odpowiednio i z nadzieją wyruszyłem na spotkanie. Był koniec maja, przyjęcie wydawano w zadbanym, pełnym kwitnących krzewów berberysu ogrodzie. Jadłem wyśmienite ciasta, nie zwracając prawie w ogóle uwagi na piasek chrzęszczący mi między zębami. Rozmawiałem z dalszymi i bliższymi znajomymi, odwzajemniałem uśmiechy. W tle rozlegała się delikatna muzyka, a powietrze przenikał upajający zapach kwiatów bzu. Jednym słowem: bawiłem się przednio. Zupełnie nie myślałem o moich problemach ze sklepem. Gdy gawędziłem z mężczyzną, który był synem dawno już nieżyjącego wspólnika mojego ojca, podszedł do nas dostojnie wyglądający staruszek w grubych okularach i z brodą niczym biblijny Noe. Od razu rozpoznałem w nim znanego w całym Krakowie lekarza, specjalistę od leczenia chorób płuc.


Nasza rozmowa dotyczyła dość błahych spraw, w pewnym momencie jednak, pod wpływem impulsu postanowiłem zadać doktorowi pytanie o mojego znajomego sklepikarza.


-Doktor podobno leczy też w szpitalu, a prawnik wspominał, że mój dobroczyńca zmarł w lecznicy na ciężkie zapalenie płuc. Może spotkał się Pan z nim kiedyś?

Medyk zasępił się i przez chwilę nie odpowiadał. W końcu przyciszonym głosem rzekł:


-Tak, widziałem go tuż przed jego śmiercią. Wezwano mnie do szpitala specjalnie do tego człowieka, bo był to dość… osobliwy przypadek. Mówię to w najwyższej dyskrecji, nie operujemy nazwiskami, tylko kazusami, prawda? Ów przypadek, o który raczy pan pytać, to był pacjent doznający halucynacji. Zdawało mu się, że nieustannie obsypuje go piasek.


Poczułem jak krople potu gromadzą mi się na czole. Rozmówca kontynuował:

-I wiesz pan, co jest najdziwniejsze? Że kiedy po jego śmierci dokonaliśmy autopsji zwłok, okazało się, że w płucach ma ponad pół kilograma prawdziwego piasku! Drobnego, złotego piasku, niczym prosto z pustyni!


Czując, że zupełnie zasycha mi w gardle sięgnąłem drżącą ręką po kieliszek wina. Wypiłem jeden łyk i zaniosłem się kaszlem. Kaszlałem tak długo, że dobroduszny lekarz już chciał ratować mnie przed zadławieniem, kiedy sam w końcu wyplułem na dłoń… garstkę wilgotnego od śliny piasku.


Przez następny tydzień nie wychodziłem z mojej sypialni. W końcu zwlokłem się z łóżka i pojechałem do składu. Z trudem otworzyłem drzwi, bo piasek na podłodze leżał na wysokość cala. Ignorując to, usiadłem za ladą.


Przez cały dzień nie pojawił się żaden klient. Gdy już miałem zamykać, do sklepu weszła młoda kobieta z koszem zakupów w jednej ręce. Z nieukrywanym zdziwieniem spojrzała na piasek, ale mimo to skierowała się prosto do lady.


-Dzień dobry panu. Czy ma pan coś do nawożenia roślin na balkonie? Wiem, że tu pan raczej takich rzeczy nie sprzedaje, ale moja pani kazała mi kupić coś a ja kompletnie o tym zapomniałam. Dostanę nieziemską burę, jak nie przyniosę tego nawozu – dodała cicho, raczej sama do siebie.


-Ma pani szczęście, mam coś akurat dla pani i pani pracodawczyni. Będzie zadowolona, bo to może oryginalny nawóz, ale sprawdzony i skuteczny.

Pokazałem towar. Kobieta chwilę się wahała, ale w końcu zapłaciła i podziękowała. Uśmiechnąłem się do niej z wdzięcznością i jakże szczerą nadzieją.

Klientka wyszła niosąc w jednej ręce kosz a w drugiej mumię kota zapakowaną w szary karton. Zamiotłem dokładnie podłogę i zamknąłem sklep.


Łucja Budzan

Opowiadanie to zajęło drugie miejsce w Ogólnopolskim Konkursie Literackim na Opowiadanie Fantastyczne “Pigmalion Fantastyki”


Comments


© The Nowodworek Times 2026 

All rights to graphics, articles and overall design of the website are reserved to The Nowodworek Times by I Liceum Ogólnokształcące im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie

bottom of page