Nie taki Olimp straszny… - wywiad z Profesorem Januszem Rybą
- Nov 18, 2023
- 12 min read

Natalia Krzemień i Marta Heretyk: Dlaczego filologia klasyczna?
Janusz Ryba: Och, to pytanie w zasadzie o moją młodość, bo taka decyzja została przeze mnie podjęta już w liceum. Byłem w waszym wieku, od pierwszej klasy liceum zakochałem się w łacinie, no i tak ,,poszło”. Myślę, że gdzieś w drugiej, w trzeciej klasie już wiedziałem, że zostanę filologiem klasycznym. A dlaczego filologia klasyczna? Każdy, kto zetknął się z łaciną, chyba to zrozumie, a temu, kto się nie zetknął, muszę chyba powiedzieć, że to jest wyjątkowy język, który uczy myślenia o języku czy raczej w języku, który daje ogromne perspektywy, jest tak naprawdę takim dopełnieniem humanistyki.
NK: Och! Wyprzedziło to moje kolejne pytanie: co rozbudziło w Panu miłość do języków klasycznych oraz starożytności?
JR: Doprecyzowałbym: ,,co” i ,,kto”? Bo nie bez znaczenia była tutaj postać mojej nauczycielki z liceum, niestety już nieżyjącej, która była osobą niezwykłą, osobą nieco z innej epoki, dla której ważne były wartości takie jak honor, uczciwość, zdobywanie wiedzy. Postać tej pani profesor z pewnością była takim argumentem, który w jakiś sposób na mnie oddziaływał. A ,,co” rozbudziło we mnie miłość do filologii klasycznej? Myślę, że uporządkowany sposób poznawania pewnych zagadnień – w łacinie oczywiście jest to cechą bardzo charakterystyczną, że poznajemy ten język stopniowo, według pewnej gradacji. To jest coś, co niektórym nie odpowiada, mnie natomiast bardzo odpowiadało, bo pozwalało na takie stopniowe zagłębianie się i w język, i w kulturę. I z całą pewnością najpierw był język, a później przyszło zainteresowanie kulturą, bo trudno jest uczyć się łaciny, poznawać język Rzymian bez tej rzeczywistości, w którym tenże język funkcjonował.
NK: Nawiązując jeszcze do studiów, jak je Pan Profesor wspomina? Czy filologia klasyczna była trudnym kierunkiem?
JR: Wspominam bardzo dobrze w ogóle wszystko, co związane z łaciną. Czy był to trudny kierunek? Kiedy ja studiowałem, a było to już jakiś czas temu, to nasi profesorowie pół żartem, pół serio mówili, że filologia klasyczna to jest taka ,,mała medycyna”, że wymaga wiele wysiłku, bo jest to poznawanie dwóch języków i kultur (pamiętajmy, że filologia klasyczna w takim polskim wydaniu to studiowanie nie tylko łaciny, ale również greki i wszystkiego, co jest z tymi dwoma językami związane). Studia były dla mnie niezwykle interesujące, niezwykle inspirujące. Miałem również roczną przygodę we Włoszech, która była takim dopełnieniem tych studiów. Czy studia trudne? Powiem tak – w zakresie łaciny – dla mnie – nie. Z greką pewne przygody i długie godziny zapoznawania się miałem.
NK: Rozumiem. Dowiedzieliśmy się już, że miłość Pana Profesora do języków klasycznych oraz kultury antycznej pojawiła się już w liceum. Kiedy więc narodził się pomysł na karierę nauczyciela?
JR: Jeszcze wcześniej. Tak naprawdę nauczycielem chciałem być zawsze. Co ciekawe, moi rodzice wcale nie byli nauczycielami (a często jest tak, że nauczyciele wywodzą się z rodzin nauczycielskich, u mnie było trochę inaczej). Jeszcze w szkole podstawowej wyobrażałem sobie, że będę nauczycielem. Wtedy myślałem, że polonistą albo historykiem. Na szczęście pojawiła się filologia klasyczna i zostałem nauczycielem łaciny. I to było – w pewnym sensie – objawieniem, bo zaczęło mi się to wszystko układać w jedną całość. A więc najpierw nauczyciel, potem – filologia klasyczna i Nowodworek.
NK: To godne podziwu. Mało osób w tak młodym wieku wie, co chciało by robić.
JR: To prawda. Teraz spotykam się przecież, zwłaszcza w klasach wychowawczych, z osobami w waszym wieku, które mają z tym problem, które w zasadzie wybierają egzaminy maturalne, nie do końca wiedząc, na jakie studia będą aplikować. Być może było to u mnie trochę dziwne, ale od początku wiedziałem, co chcę robić.
NK: A kiedy zaczął Pan Profesor uczyć w Nowodworku?
JR: W 2011 roku. Była to sytuacja nieco specyficzna, bo na pełny etat zacząłem pracować właśnie od września 2011 roku, natomiast już od stycznia tego samego roku pojawiałem się w szkole, by uczyć łaciny w klasach – co ciekawe – biologiczno – chemicznych.
NK: Jakie są więc Pana Profesora wrażenia związane z nauczaniem w naszej szkole?
JR: Myślę, że same dobre. Chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że uwielbiam tę szkołę za dwa aspekty: za olimpijczyków i za uczenie łaciny, za możliwość pracy z uczniami. Jest jeszcze jeden aspekt, o którym muszę wspomnieć, a mianowicie – Szopka. Są to walory, za które Nowodworek uwielbiam i mam nadzieję, że niektórzy uczniowie mają podobne podejście.
NK: A czy przychodzą Panu na myśl jakieś najlepsze wspomnienia i momenty związane z Pana karierą nauczyciela?
Janusz Ryba: Myślę, że na pewno takim momentem jest finał olimpiady będący zwieńczeniem pracy – przede wszystkim – uczniów, ale również mojej. Zawsze z finału olimpiady wracam z wielką satysfakcją.
NK: Skąd – według Pana – bierze się tak duża liczba olimpijczyków uczących się pod Pana skrzydłami?
JR: To trudne pytanie, na które nie za bardzo wiem, jak odpowiedzieć. Chciałbym myśleć, że z mojej strony w jakiś sposób zachęcam uczniów i działam motywująco, a z drugiej strony chciałbym też myśleć, że pokazuję uczniom, że łacina nie jest straszna, że jest to materiał, którego można się nauczyć szybko, skutecznie, że tak naprawdę poznawanie tego języka jest niezwykłą przygodą intelektualną. Czy tak jest? O to należy zapytać waszych kolegów i koleżanki.
NK: Miło słyszeć tak wiele dobrych opinii o Nowodworku związanych z olimpijczykami i nauczaniem przez Pana łaciny. Czy nie przeszkadza Panu w tym nauczanie na niecieszącym się ostatnio dobrą sławą poddaszu?
JR: Chyba mniej mi przeszkadza, od kiedy uczniowie poddasze zaczęli nazywać ,,Olimpem”, bo w ten sposób czuję się trochę ,,jak u siebie”. Oczywiście jest to kwestia czysto organizacyjna, w jakiej sali ma się lekcje. Jest to rzeczą drugorzędną wobec tego, jaka atmosfera w czasie zajęć panuje i jakie są relacje pomiędzy uczniami w danej grupie oraz pomiędzy uczniami a nauczycielem.
NK: To ciekawa kwestia, zważywszy na to, że w ostatnim czasie pojawiło się na ten temat sporo artykułów w gazetach. Wybuchła afera o warunki panujące na ,,Olimpie”.
JR: Trudno się na ten temat wypowiadać. Myślę, że wolałbym o tym nie rozmawiać. Staram się pracować w każdej sali tak samo, bez względu na to, czy jest to sala informatyczna, czy sala 47, w której teraz siedzimy. Myślę, że istnieją ważniejsze aspekty. Ja mam też ten komfort, że nauczam przede wszystkim w grupach – jest to trochę wygodniejsze ze względów organizacyjnych. A większość lekcji mam na poddaszu, na tzw. ,,Olimpie”, być może dlatego, że Dyrektor chce zadbać o moją kondycję fizyczną. To taki WF, bo żeby w czasie przerwy szybko przemieścić się z parteru na poddasze, trzeba mieć niezłą kondycję.
NK: Wspomniał Pan jakiś czas temu o Szopce. Na czym dokładnie polega Pana rola w przygotowaniu tego kultowego przedstawienia?
JR: Szopki na pewno nie można nazwać pomniejszym przedstawieniem. Jest to jedno z najważniejszych wydarzeń w roku szkolnym. Jaka jest rola moja i pozostałych opiekunów? Pomocnicza. Tak naprawdę Szopka jest wydarzeniem w stu procentach tworzonym i organizowanym przez uczniów – i to jest w tym najbardziej niezwykłe i wspaniałe. Naszym zadaniem jest pośredniczyć pomiędzy nauczycielami i dyrekcją a osobami zaangażowanymi w Szopkę. Naszym zadaniem jest również składanie wniosków do Rady Rodziców o dofinansowanie. W pewnym sensie naszym zadaniem jest też… Nie chcę nazwać tego ,,cenzurą”, chociaż jest to pewnie właściwe słowo. Chodzi o łagodzenie określonego typu żartów i wskazywanie na pewne elementy, na które uczniowie nie zwracają uwagi, ale z całą pewnością nie można powiedzieć, że tylko nauczyciele tworzą Szopkę. My tylko i wyłącznie wspomagamy ten proces. Nie wyobrażam sobie Nowodworka bez Szopki. Choć wyobrażam sobie Szopkę beze mnie.
NK: Szopka Nowodworska faktycznie wpisała się w tradycję naszej szkoły, jest czymś charakterystycznym oraz rodzajem zachęty dla uczniów zastanawiających się nad wyborem szkoły. Jak rozumiem, Pan Profesor bardzo dobrze wspomina proces tworzenia Szopki?
JR: Tak. Jest to również bardzo intensywny proces, w zasadzie ostatni miesiąc, wielogodzinne próby, nasza praca i poświęcony czas są trudne. Ale Szopka, zwłaszcza ta absolwencka sprawia nam ogromną satysfakcję i jest powodem do dumy i podziwu za ogrom pracy i pomysłowość. Wrócę jeszcze na moment do pytania dotyczącego mojej roli w Szopce. Trzeba powiedzieć, że jest nią też łagodzenie ewentualnych sporów, to znaczy bierzemy na siebie jako organizatorzy pewne pretensje ze strony nauczycieli, chociaż chciałbym, żeby tych pretensji w ogóle nie było. Szopka jest takim wydarzeniem, na które absolutnie powinno być nie tylko zezwolenie, ale także wsparcie ze strony wszystkich nauczycieli.
NK: Rozumiem. Jednak różnie to bywa…
JR: Jak to w życiu! I naszą rolą jest tutaj balansowanie tego wszystkiego i zapewnienie uczniom tworzącym Szopkę pewnego komfortu.
NK: To bardzo istotna rola. A jakie są Pana najlepsze wspomnienia związane z Szopką?
JR: Cóż, każda Szopka jest inna. Każda ma swój czas, swoje miejsce, swoich twórców i nie lubię porównywania tych przedstawień, bo każde powstaje w innym czasie, w innych warunkach, natomiast takim momentem, który zawsze jest powodem do satysfakcji, ale też momentem niezwykle wzruszającym, są spotkania z absolwentami. Zarówno z tymi, którzy skończyli szkołę dwa, trzy lata temu i wciąż są wsparciem dla młodszych kolegów, jak i z tymi, którzy szkołę kończyli kilka, kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat temu i przychodzą raz w roku tylko po to, by zobaczyć Szopkę, pomimo że często nie znają wielu odgrywanych postaci. Szopka jest jednak jednym z tych czynników, które łączą pokolenia.
NK: Cała społeczność Nowodworka, absolwentów i uczniów, jest niesamowicie zgraną grupą.
JR: Tak, a Szopka jest też okazją do zawierania przyjaźni czy tworzenia się nawet bliższych relacji, bo mamy w szkole różne związki, które powstały w trakcie prób. To są też takie elementy, które pokazują proces integrowania się. A pamiętajmy, że co roku w przygotowaniach Szopki bierze udział nawet 80, 90 osób. To ogromne wydarzenie artystyczne.
NK: Miałam okazję uczestniczyć w Szopce tylko jako obserwatorka przygotowanego spektaklu, ale zdaję sobie sprawę z nakładu pracy, jakiego ona wymaga. Mam w klasie osoby, które były w Szopkę zaangażowane.
JR: Ja uważam, że dla pierwszoklasistów rok dzieli się na dwa okresy: pierwszy – przed Szopką, drugi – po Szopce. Myślę, że uczniowie zupełnie inaczej patrzą na szkołę po pierwszej Szopce, przeżywając ją razem ze starszymi kolegami, dobrze się bawiąc.
NK: Będąc drugoklasistką, faktycznie muszę przyznać, że doświadczenie tego po raz pierwszy razem z rówieśnikami było bardzo zbliżającym momentem.
JR: Zbliżającym i przede wszystkim integrującym całą społeczność. Dlatego uważam, że Szopka nie dzieli, a łączy.
NK: To prawda. Przechodząc do kolejnej ważnej kwestii, myślę, że osoby z profilu klasycznego doskonale wiedzą o tym, że jest Pan Profesor autorem podręcznika Homo Romanus. Skąd pomysł na napisanie go?
JR: Pomysł chodził mi od wielu lat po głowie. Był to chyba kolejny krok w układance dotyczącej kariery. Jest to trochę związane z tym, czym ja zajmuję się naukowo na uniwersytecie, a mianowicie z metodyką nauczania języka łacińskiego. Wydawało mi się, właściwie odkąd pracuję w tej szkole, że dotąd i tak przygotowywałem własne materiały i z tych materiałów korzystałem, gdzieś po głowie chodziła mi myśl, by te materiały zebrać w formie jednego podręcznika. W 2016 roku, trochę niespodziewanie, na wydziale filologii klasycznej na uczelni pojawił się przedstawiciel wydawnictwa, które szukało autorów podręcznika do łaciny. Ten pomysł mi się niezwykle spodobał, nawiązałem kontakt z tym wydawnictwem, potem namówiłem koleżanki, żebyśmy wspólnie podjęli się tego zadania i w ten sposób powstał Homo Romanus., a raczej zaczął powstawać, bo prace nad nim trwały blisko 3 lata. Zależało mi na tym , żeby ten podręcznik był przygotowany właśnie przez taki zespół, bo uważam, że współautorki są wybitnymi specjalistkami – profesor Klęczar w dziedzinie kultury antycznej i recepcji antyku, profesor Wolanin jest zaś wybitną nauczycielką, której również zawdzięczam ukształtowanie mnie jako nauczyciela. Czy podręcznik się udał? Nie mnie oceniać. To muszą ocenić uczniowie.
NK: Na pewno jest on bardzo ważnym elementem nauki łaciny. Zwłaszcza, że resztę materiałów dydaktycznych do nauczania języka łacińskiego stanowią raczej starsze materiały.
JR: I są w takim anachronicznym stylu. Pisząc pracę magisterską (moja praca magisterska była oparta o analizę podręczników) oraz pisząc pracę doktorską, przeglądałem mnóstwo materiałów i nabrałem przekonania, że nie chcę z nich uczyć. Chcę stworzyć swoją własną wizję, która w pewnym sensie została zrealizowana.
NK: Myślę, że to bardzo ważne w czasach, kiedy świadomość tego, jakie metody nauki działają, jest coraz większa. Jak przebiegał proces tworzenia i wydania podręcznika?
JR: Tak jak powiedziałem, proces tworzenia trwał blisko 3 lata i był on niezwykle intensywny. Musieliśmy najpierw opracować pewien konspekt, który konsultowaliśmy z wydawnictwem. Nad pierwszą częścią podręcznika pracowaliśmy w ten sposób, że każde z nas opracowywało autonomicznie każdy temat, każdą lekcję, potem spotykaliśmy się i odbywaliśmy wielogodzinne dyskusje, zastanawialiśmy się, które przykłady są najlepiej dobrane, które są lepiej skonstruowane, które metody w poszczególnych lekcjach zastosować. Było to niezwykle czasochłonne. Nad drugą częścią było nam znacznie łatwiej pracować, bo mieliśmy już zespół zgrany. Podzieliliśmy się też między sobą lekcjami, nie przygotowywaliśmy trzech różnych lekcji, natomiast były to wielogodzinne dyskusje, by opracować – w naszym przekonaniu – optymalnie działający materiał dydaktyczny. Funkcja motywująca do nauki jest tutaj jednym z podstawowych elementów przy tworzeniu podręcznika, a na tę funkcję składa się nie tylko treść, ale również forma, więc przy tym też trwały wieloetapowe dyskusje z wydawnictwem. Jest to pierwszy wydany w ten sposób podręcznik do łaciny w Polsce. W ostatnich miesiącach powstały nowsze, ale one w żaden sposób szatą graficzną nie są zbliżone do podręcznika Homo Romanus. Jeśli miałbym go oceniać, choć ta ocena nie będzie obiektywna, to myślę, że w tym zakresie jest to podręcznik innowacyjny i z całą pewnością bliższy uczącym się niż wydane w starszym stylu materiały do łaciny. A ten rynek wydawniczy nie jest duży, więc łatwo to porównać.
NK: Mam też kilka pytań z zakresu łaciny i kultury antycznej. Jakie miejsca w Rzymie i we Włoszech poleciłby Pan Profesor odwiedzić?
JR: W pierwszej kolejności Rzym i południe Italii. A gdybyśmy mieli wybierać pomiędzy południem Italii a Rzymem, to wybrałbym południe Italii, bo tam łączy się rzymskość z greckością. Pamiętajmy, że tereny południowej Italii to tak zwana Wielka Grecja, po łacinie ,,Magna Graecia”, są to tereny skolonizowane przez Greków, później podbite przez Rzymian. Właśnie na tych terenach łączy się kultura grecka z rzymską. W zasadzie w ten sposób skonstruowany jest program wyjazdu do Włoch, który co jakiś czas organizuję. W pierwszej kolejności należy pojechać do Neapolu i zwiedzić nie tylko to fascynujące miasto, ale również okolice, warto też pojechać do Sorrento, żeby zobaczyć typowy włoski urok turystyczny. Innym takim miejscem z całą pewnością jest Rzym, dziś miasto kontrastów, wielka metropolia, ale niesamowite, zawierające mnóstwo zabytków starożytnych i pocztówkowych. W Rzymie warto pobyć trochę dłużej i zwiedzić miejsca mniej oczywiste, takie jak Muzeum Etruskie, które jest daleko od centrum. Moje ulubione miejsce w Rzymie (kto uczy się łaciny w mojej grupie, ten wie) to pewna kawiarenka na Piazza di Minerva i tam też należy się udać, by wypić cappuccino.
NK: Myślę, że jeżeli ktoś planuje podróż do Włoch, to powinien skorzystać z tych rad i odwiedzić wszystkie wymienione miejsca w podanej kolejności.
JR: Koniecznie w podanej kolejności! Południe Italii jest naprawdę fascynujące. Są to dziś regiony dużo biedniejsze od północnej części kraju, ale oferujące – moim zdaniem – dużo więcej, biorąc pod uwagę aspekty historyczne i kulturalne.
NK: Za nami, w sali 47, znajduje się namalowany przez jedną z uczennic portret Marka Tulisza Cycerona. Powstał on ze względu na to, że Pan Profesor często wspomina o tej postaci. Skąd zainteresowanie Cyceronem?
JR: O tym można by napisać doktorat. Marek Tuliusz Cyceron, jeden z najważniejszych Rzymian, polityk, mówca, filozof, właściwie historyk filozofii, postać o ogromnym znaczeniu dla łaciny i dla kultury antycznej. Jeśli dzisiaj piszemy coś po łacinie, to takim punktem odniesienia jest zawsze łacina Cycerona – mistrza słowa, mistrza języka, postaci wszechstronnej, choć w pewnym znaczeniu kontrowersyjnej. Na Cycerona trzeba patrzeć jak na człowieka, a nie jak na wyidealizowany obraz. Bo choć była to postać wybitna, wielki intelektualista, być może największy intelektualista swoich czasów, w pewnym momencie też bardzo ważny polityk, jeden z najważniejszych rzymskich mówców, to też zwykły człowiek, który przeżywał swoje życie w burzliwym okresie republiki, próbował w tym życiu politycznym sam uczestniczyć. Człowiek, który został nazwany ,,ojcem ojczyzny”, a więc dostał najwyższe rzymskie odznaczenie, a kilka lat później został wygnany z Rzymu, a więc został ukarany najwyższą karą, jaka mogła spotkać Rzymianina. Z jednej strony z listów Cycerona możemy wyczytać kryjący się tam obraz emocjonalny samego Cycerona tęskniącego za żoną, za dziećmi, a z drugiej strony wiemy, że kilka lat później z tą żoną się rozwiódł w dość burzliwych okolicznościach. Cyceron jest dla mnie takim uosobieniem rzymskości i rzeczywistości rzymskiej okresu późnej republiki. To dziecko swoich czasów. Jeśli chcemy zrozumieć te burzliwe czasy, to należy skupić się przede wszystkim na postaci wielkiego Marka Tuliusza Cycerona, którego kocham miłością wielką i myślę, że wszyscy uczniowie klas klasycznych podzielają ten pogląd (pół żartem, pół serio, oczywiście). Nie pamiętam teraz, od której dokładnie klasy (ale chyba od jednej z klas wychowawczych) dostałem małe popiersie Cycerona, a od obecnej klasy…chyba 3K – kubek z najważniejszymi cytatami Marka Tuliusza Cycerona. Wyobraźcie sobie, jak wspaniale pije się kawusię z kubka z cytatami Cycerona. Każdy powinien mieć taki kubek! I każdy powinien pojechać do Rzymu i poczuć się jak Marek Tuliusz Cyceron przemawiający na Forum Romanum.
NK: Myślę, że wiele osób z klas klasycznych będzie miało okazję do zrealizowania tych planów w listopadzie.
JR: Tak, sam nie mogę doczekać się tego wyjazdu, choć wiem też, że przed nim czeka nas mnóstwo pracy związanej z pierwszym etapem olimpiady. No ale tak wygląda rok szkolny. Olimpiada, wyjazd, Szopka…choć jak co roku zapowiadam, że nigdy więcej się w Szopkę nie zaangażuję, ale gdyby jednak zdarzyło się tak, że zaangażuję się w nią już po raz jedenasty, to będzie Szopka, później drugi etap olimpiady itd.…aż do wakacji.
NK: Jest to męczący proces, ale przy tym zaskakująco przyjemny.
JR: Tak, jest to intensywny czas, ale przynoszący dużo satysfakcji.
NK: Czy poza Markiem Tuliuszem Cyceronem są jakieś postaci ze starożytności, które są dla Pana Profesora inspiracją?
JR: Chyba każdy Klasyk słyszał na łacinie o poecie Katullusie. To również wielka postać, nieco dla nas enigmatyczna, bo informacji na temat życia tego poety jest niewiele, ale pozostawił po sobie twórczość niezwykłą, wybitną, raptem 100 utworów będących ukazaniem Rzymu takim, jakie to miasto było w jego czasach. Jest to trochę Rzym w krzywym zwierciadle, Rzym z perspektywy człowieka negującego te tradycyjne formy życia społecznego, bo Katullus należał do takiej grupy poetyckiej zwanej neoteryakmi. Neoterycy w swoim ,,programie” mieli zapisany pewien młodzieńczy bunt. To chyba druga postać, którą ja darzę wielką estymą, która też często pojawia się u mnie na lekcjach łaciny. Jest jeszcze inna postać, postać mitologiczna. Musimy wspomnieć o Romulusie. Gdyby nie Romulus, nie było by Rzymu, gdyby nie było Rzymu, nie było by łaciny. Czegóż byśmy się dzisiaj uczyli? Natomiast z całą pewnością nie przepadam za cezarem. W moich oczach jest uzurpatorem, osobą, która pogwałciła święte prawa republiki rzymskiej. To możesz wyciąć.
NK: A Pana ulubione łacińskie przysłowie?
JR: Chyba nie potrafię się zdecydować…
NK: Może w takim razie jedno z ulubionych?
JR: A może to, które na pewno nie jest moim ulubionym? Per aspera ad astra. Z całą pewnością nie jest to moje ulubione powiedzenie, chociaż oczywiście ma ono swój głęboki sens i powinniśmy się od czasu do czasu nad nim zastanowić, ale jest w tej sentencji coś, być może nawet jej brzmienie, które mnie drażni. Chociaż wszystko, co po łacinie, mi się podoba.
NK: Kończąc, chciałabym zapytać, jakie ma Pan zainteresowania wykraczające poza tematykę języków klasycznych?
JR: Pominę zainteresowania naukowe. Rozumiem, że pytanie dotyczy raczej wolnego czasu?
NK: Zgadza się.
JR: No to chyba nie powiem tutaj nic specjalnego, bo w wolnym czasie przede wszystkim coś czytam, coś oglądam, słucham muzyki, spotykam się ze znajomymi i próbuję odciąć się od pracy, którą uwielbiam, jednak taki reset jest każdemu potrzebny. Poza tym bardzo lubię kwestie związane z kulinariami, zarówno w wersji praktycznej, jak i teoretycznej. Co prawda nie prowadzę vloga jak pan profesor German, bo trochę nie mam na to czasu.
NK: Może jest Pan jego fanem?
JR: W pewnym sensie tak, choć nie do końca podzielam upodobania kulinarne Pana Profesora. To oczywiście pół żartem, pół serio, bo nie jest żadną tajemnicą, że z Profesorem Germanem łączą nas dość bliskie relacje, ale rzeczywiście świat kuchni i tej teoretycznej, i praktycznej jest czymś, co mnie od dawna fascynuje. Bardzo lubię tzw. gastroturystykę. Musicie poszukać sobie, czym to jest. Nie zdziwcie się, jeśli kiedyś się spotkamy w jakiejś przyjemnej kawiarence lub restauracji.
NK: Dziękuję bardzo w takim razie za wywiad.
JR: Ja również bardzo dziękuję. Mam nadzieję, że wywiad nie zanudzi czytelników.
Wywiad przeprowadzony 18 września 2023 roku,
przygotowany przez Natalię Krzemień
oraz Martę Heretyk



Comments