
Czy “Wichrowe Wzgórza” 2026 były aż tak złe? - szczera recenzja
- Mar 8
- 4 min read
Powieść „Wichrowe wzgórza” Emily Brönte to absolutne arcydzieło. Zawsze uważałam, że jest nawet lepsza od słynnego „Dumy i uprzedzenia” z wielu powodów, o których nie będę tu pisać, gdyż to nie jest tematem tego artykułu.
Adaptacji filmowych XIX-wiecznego dzieła jest wiele, a w mojej opinii najlepsza jest ta z 1992 roku w reżyserii Petera Kosminsky'ego. Kilka dni temu na ekranach polskich kin premierowo ukazała się najnowsza ekranizacja „Wichrowych wzgórz” w reżyserii Emerald Fennel, znanej z filmów takich jak „Saltburn”. Zarówno jak poprzednie filmy Fennel, ten najnowszy wzbudził kontrowersje, co więcej, wiele osób twierdzi, że film nie godzien jest nazywać się „Wichrowe wzgórza”.
Czy “Wichrowe wzgórza” 2026 były aż tak złe? Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, gdyż moje oczekiwania wobec tego filmu były bardzo niskie. Zacznę może od tego, co było dobre, bo ta lista jest zdecydowanie krótsza.
Film dostarcza bardzo dużych doznań wizualnych, przyjemnie się go ogląda. Ujęcia są naprawdę piękne, romantyczne, pełne symbolicznych kolorów. Jak najbardziej pochwalam oderwanie od kontekstu historycznego jeżeli chodzi o scenografię czy kostiumy, jeżeli jest ono wynagrodzone dobrą oprawa plastyczną z nutą nowoczesności i to właśnie udało się Fennel w tym filmie. Detale w scenografii, takie jak kominek przyozdobiony niepokojącymi dłońmi, czy sam koncept geometrycznego domu na wichrowych wzgórzach rodem z horroru lub pokój ze ścianami w kolorze skóry Catherine, były przemyślane i symboliczne, dlatego mimo niewiarygodności historycznej, stanowią dobrą odmianę i kontrast wobec poprzednich ekranizacji. Kolejnym aspektem, który przypadł mi do gustu jest muzyka. Muszę przyznać, że gdy dowiedziałam się, że to właśnie Charlie XCX ma stworzyć ścieżkę dźwiękową do tego filmu, byłam załamana. Mimo, że słucham okazjonalnie jej muzyki, zupełnie mi to nie pasowało. Pozytywnie się zaskoczyłam, gdy pierwszy raz usłyszałam ścieżkę dźwiękową i choć nadal uważam, że nie był to najlepszy wybór, to doceniam za odwagę i udane połączenie nowoczesności z romantycznym klimatem powieści. Ostatnią rzeczą, która wywarła na mnie pozytywne wrażenie jest modyfikacja fabuły, ale tylko na niektórych polach. Podobało mi się na przykład zrezygnowanie z postaci Hindley’a Earnshaw, brata Cathy, a jako źródło traumy pokoleniowej wykreowano jej ojca. Ten zabieg wyjątkowo się udał, a dzięki świetnej grze aktorskiej Martina Clunes’a i przerażającemu, wręcz horrorowemu klimatowi scen jeszcze bardziej mogliśmy zrozumieć patologię i przyczynę późniejszych zachowań postaci z domu Earnshaw.
Aspektem, który ciężko jest mi jakkolwiek przydzielić do grupy nieudanych lub udanych konceptów są kostiumy. To, że są tylko powierzchownie inspirowane epoką zauważył chyba każdy, jednak tak, jak wcześniej wspomniałam, jestem w stanie wybaczyć taki zabieg w zamian za godny odpowiednik. Z jednej strony wszystkie kostiumy mają symboliczne, aczkolwiek dość oczywiste znaczenie i są ładne. Z drugiej jednak strony niektóre z kostiumów są kłująco współczesne i zwyczajnie tandetne. Foliowa koszula nocna czy latex lub plastikowe diamenciki na policzkach… O gustach się nie dyskutuje, ale dla mnie były to stylizacje rodem z “Euphorii”.
Jeżeli chodzi o negatywy, myślę że największym była całkowita erotyzacja nie tylko całej historii, ale i drugoplanowych postaci. Sprowadzenie relacji Catherine i Heathcliffa do przyziemnego pożądania, to nie ukazanie obsesji i głębi, a spłycenie niepojętej więzi, aby zadowolić najbardziej prymitywnego odbiorcę, który nie chce pochylić się nad złożonością tych postaci. Jeżeli chcielibyśmy trzymać się fabuły książki, trzeba wspomnieć, że cały geniusz oryginalnych “Wichrowych Wzgórz” polega na tym, że między parą przeklętych kochanków do niczego nigdy nie doszło i mimo, że emocje między nimi aż kipią, to nic nie jest powiedziane wprost, ale jak widać wierność powieści Emily Bronte nie było głównym celem Fennel. Wracając jednak do samego filmu, nie wiem czy dobrym jest, gdy prawie jedną trzecią czasu ekranowego poświęca się na bardzo szczegółowe i niesmaczne ukazanie stosunku między bohaterami. Obsesja Heathcliffa polegała tylko i wyłącznie na fizycznym pożądaniu Cathy? Co w tym szokującego? Co więc czyni tego Heathcliffa tak wyjątkowym? Według mnie, nic w tym nadzwyczajnego i sprawia, że jego postać jest bardzo pospolita. Ta sama erotyzacja dotyczy biednej Izabelli. W oryginale ofiara męskiej przemocy, pierwszy przykład tego, co tak naprawde Heatcliff potrafił zrobić człowiekiem, jak bardzo potrafi nienawidzić i dehumanizować, tutaj, obrzydliwie sfetyszowana wariatka. I to właśnie odnosi się do kolejnego aspektu, który bardzo mi się nie podobał. Wychodząc z kina czy kończąc książkę, powinniśmy czuć wstręt i strach przed człowiekiem, jakim jest Heathcliff. Heathcliff to czyste zło, uosobienie wszystkich krzywd zadawanych latami przez nierówność klasową i przez chore relacje w domu, które w końcu mają szansę zemścić się na swoich oprawcach. Nowe “Wichrowe Wzgórza” zostawiają nas z poczuciem, że Heathcliff, mimo swoich wad, to atrakcyjny mężczyzna, o którym marzy każda kobieta, a największą niechęcią pałamy do ojca Catherine, jako największe zło powieści. Romantyczny, wierny swej jedynej miłości, kochający. Nie, Heathcliff to potwór, spotęgowana trauma. Postać Heathcliffa jest gorsza od jego oprawcy, czarnym charakterem nie jest Pan Earnshaw czy jego syn ale właśnie Heathcliff. I to przez modyfikacje fabuły traci on na swoim charakterze. W oryginale Heatcliff wykorzystuje Izabelle, nie pytając się nigdy o zgodę, więzi ją, unieszczęśliwia, zmusza do urodzenia mu syna, bije, doprowadza do obłędu i śmierci. To samo robi z córką Catherine i wieloma innymi osobami. W filmie? Izabella to pospolita i stereotypowan panna - wariatka, a Heathcliff po prostu pozwala jej cieszyć się nim i spełniać jej obrzydliwe fantazje. Gdzie jest całe okrucieństwo?
Zdaję sobie sprawę, że ktoś mógłby powiedzieć: odejście od fabuły oryginalnego dzieła nie czyni filmu złym, ale pytanie jest, czy gdy ucinamy fabułę o połowę, a to co zostało modyfikujemy i całkowicie zmieniamy profile psychologiczne bohaterów, nadal możemy nazwać film “Wichrowe Wzgórza”. Sama nie jestem jeszcze do końca pewna, co o tym uważać.
Naprawdę mogłabym godzinami rozpisywać się o tym filmie, jak i samej powieści, ale to, co najważniejsze, już napisałam. Choć film miał bardzo wiele aspektów, które w trakcie wzbudzały mój pogardliwy śmiech lub krzywe, zniesmaczone spojrzenia, to odkąd go obejrzałam, nie mogę przestać o nim myśleć. Nie wiem, czy zawdzięczam te wzruszenia filmowi, czy po prostu geniuszowi Emily Bronte, ale na sam koniec filmu popłakałam się. Myślę, że magia “Wichrowych Wzgórz” polega na tym, że niezależnie w jakiej formie ją odkryjecie i tak was dotknie.
Chciałabym zakończyć moją recenzję humorystycznie popularnym na tik toku stwierdzeniem: “Mamy już idealną ekranizację “Wichrowych Wzgórz”. Trwa pięć minut i została nagrana 1978 roku przez dziewczynę, która nawet nie czytała książki.” (piosenka Kate Bush o tym samym tytule).
Jadwiga Jakubec



Comments