top of page

Pons Regalis - autobiografia

  • Jun 25, 2020
  • 4 min read

Nie pamiętam dokładnej daty, ale wiem, że było to wiosną, kiedy skończyli mnie budować. Gdy pierwszy wóz przejechał po moich deskach, zaskrzypiałem przyjaźnie, ale ani woźnica ani koń nie rozumieli chyba mojej mowy. Nie zdziwiło mnie to wcale. Tylko płynąca pode mną rzeka jako tako rozumiała co chcę jej przekazać, nawet odpowiadała mi w swoim szemrzącym, wodnym języku.

Przez pierwsze dni mojego życia uważnie przysłuchiwałem się tłumom ludzi przechodzącym codziennie po moim grzbiecie z jednego brzegu Wisły (bo tak przedstawiła mi się rzeka, nad którą leżałem) na drugi. Wkrótce wiedziałem już, ze jestem bardzo istotny dla handlu, bo połączyłem okolicę o nazwie Stradom oraz nowo ulokowane miasto Kazimierz. Przez całe lato cieszyłem się niezmiernie ze swojej przydatności. Czułem zadowolenie ludzi przekraczających codziennie Wisłę i ich ulgę, że tak bardzo ułatwiam im podróżowanie. Każdego dnia szeptałem do mieszkańców Krakowa, Kazimierza oraz kupców z innych odległych miast licząc, że choć jeden może zrozumie moje skrzypienie. Niestety, nie udało mi się osiągnąć tego, czego pragnąłem, czasami wywoływałem wręcz przeciwny efekt – budziłem wśród mieszczek obawy co do stabilności mojej konstrukcji.

- Ależ szlachetne niewiasty, nie ma się o co martwić, moi konstruktorzy mówili wielokrotnie, że jestem w stanie przetrwać w nienaruszonym stanie nawet pożar – skrzypiałem to głośno, chcąc je przekonać, ale wtedy wpadały one w jeszcze większy niepokój.

Moje (i mieszkańców również) zadowolenie z istnienia nie trwało jednak długo. Pewnego dnia ustawiono na mnie komorę opłat ze strażnikami. Każdy kupiec, który chciał przeprawić się na drugi brzeg wozem z towarami, musiał zapłacić „mostowe”. Czułem, jak wędrowni kupcy opuszczający Kazimierz przez Bramę Glinianą na mój widok tracą nieco humor.

Mimo owej niedogodności, trzeba przyznać, że przez prawie dwadzieścia pięć lat, codziennie, bez zmian, ludzie dzięki mnie przeprawiali się z brzegu na brzeg. W piątki były największy ruch, wszak to dzień targowy na Kazimierzu. Wczesnym świtem ludzie szli lub jechali wozami, prowadzili objuczone muły i konie. Śpieszyli się, żeby zająć dobre miejsca na targu. Kiedy wracali, ich kroki były inne – cięższe, spokojne zadowolone. Rozmawiali i śmiali się podchmieleni piwem. Znałem wszystkie sekrety mieszkańców Krakowa i Kazimierza, zdawało mi się, że dzięki usłyszanym strzępom rozmów setek ludzi stawałem się niejako powiernikiem ich trosk i sekretów. Napawało mnie to dumą! Nie mogłem wyobrazić obie lepszego losu. A opłaty… no cóż, szybko okazało się, że były pobierane na moje utrzymanie i remonty.

Nie dano mi znudzić się tymi pozornie monotonnymi dniami. Pewnego dnia, po stradomskiej stronie Wisły, pojawili się jacyś ludzie. Parę razy obeszli dookoła teren i rozmawiali przez chwilę. To samo działo się następnego dnia, i następnego, i następnego…

Razem z Wisłą lekko zaniepokojeni szeptaliśmy do siebie, zaciekawieni, co też może się tam dziać. „Oby nie planowali tam nikogo zamordować” – myślałem z lekkim przerażeniem. Co jak co, ale takiego widoku chyba bym nie zniósł. Wolałbym doszczętnie spłonąć niż patrzeć, jak w mojej obecności odbierają komuś życie… A zdarzało się to przecież w Krakowie nie raz! Kupcy, niby nie do wojny stworzeni, ale lubili sobie czasem porachować kości. Gdzie bowiem złoto brzęczy, tam i złość szybko wybucha.

Na szczęście moje obawy okazały się płonne. W 1360 roku miłościwie panujący król Kazimierz III (zawsze znałem aktualnego władcę zamieszkującego zamek na Wawelu, nie byłem przecież byle wiejska kładką!) ufundował po prawej stronie drogi Stradomskiej – patrząc od murów Kazimierza, klasztor dla zakonu Bożogrobowców. Od tego czasu dniem i nocą dobiegały mnie pobożne śpiewy zakonników… Laudesy braciszków przekrzykiwało czasem tylko ptactwo licznie zamieszkujące przeciwległą stronę drogi, gdzie mieściły się sady. Ludzie mówili na nie „Raj”, tak cudowne było to miejsce.

​Bożogrobowcy okazali się wkrótce męczącymi sąsiadami. Co z tego, że niebrzydko śpiewali, kiedy co rusz na ich terenie wybuchały pożary! Za każdym razem niemal czułem jak płomienie dosięgają moich desek. Mieszczanie zaczęli prześmiewczo nazywać tę okolicę „Piekłem”. Idąc zatem drogą od zamku w stronę Kazimierza podróżny miał po prawicy „Raj”, a po lewej ręce „Piekło”.

Lata mijały. Kilka razy potrzebowałem porządnej naprawy, więc opłaty okazały się słuszne i potrzebne.

W 1587 roku doświadczyłem wielkiego honoru: nowo wybrany król Polski – Zygmunt III Waza wjeżdżał uroczyście do Krakowa po moim grzebiecie. Niestety, niedługo potem ten sam król zdecydował się przenieść wraz z całym swoim dworem do jakiejś Warszawy. Gdybym miał głowę na pewno kręciłbym nią z niedowierzaniem!

Nadszedł rok 1655. Rok, który był początkiem końca. Wisła chyba już to wcześniej wyczuła, bo zaczęła przenosić się w inne miejsce. To, co pode mną chlupotało, nie przypominało dawnej, wartkiej Wisełki. Nazywano ją już „Starą Wisłą”. Tymczasem pod Kraków zbliżały się wojska szwedzkie, groza narastała. Po mnie nie turkotały już wozy handlarzy, nikt nie spacerował beztrosko. Kiedy armia Karola Gustawa podeszła pod miasto, wiedziałem, że będę musiał poświęcić się dla ukochanych krakowian. Zostałem całkowicie spalony. Przemieście Stradom – mój „Raj” i „Piekło” – wszystko uległo zniszczeniu.

Ale nie zapomniano o mnie! Król Jan Kazimierz już w 1657 roku rozkazał zadbać, żebym narodził się ponownie. Niepołomicka puszcza dostarczyła drewno i oto pojawiłem się znów nad „Starą Wisłą”, łącząc Kazimierz i Kraków.

Stare koryto rzeki nazywano „cuchnącym bajorem”, ale okazało się, że w połączeniu z nową odnogą, Wisła może pokazać swój olbrzymi gniew i moc. W 1813 roku zalała Kraków. Stradomską kamienicę pod numerem 1, stojącą zaraz przy moim ramieniu, porwała w całości i uniosła pod Wawel! Niestety, w zapamiętaniu poniosła i mnie.

W 1824 krakowianie zdecydowali, że należy zbudować mnie ponownie, tym razem z trwalszego materiału. Zmieniłem trochę swoje miejsce i narodziłem się już po raz trzeci – jako ozdobny, nowoczesny most z kamienia. To ciągle byłem ja – słynny Pons Regalis. Z rozrzewnieniem przysłuchiwałem się, jak przechadzający się po mnie mieszkańcy nazywali mnie najpiękniejszym mostem Krakowa, komentowali ozdobną balustradę oraz jasno świecące w nocy lampy gazowe. Tylko ich mogłem słuchać, ponieważ moja serdeczna przyjaciółka Wisła po ostatniej awanturze opuściła mnie zupełnie. To, co było pode mną nie przypominało rzeki, raczej bagienko z chmarami komarów. Było mi okropnie żal wspólnie spędzonych wieków. Nie spodziewałem się jednak wcale, że jej koniec skróci też moje istnienie. W 1878 roku zaczęto zasypywać stare koryto Wisły, a wraz z nim pod ziemią zniknąłem również i ja.

Krakowianie odnaleźli mnie po tylu latach! W 2019 roku znów o mnie mówią – archeolodzy, konserwatorzy zabytków a nawet zwykli przechodnie. Ci ostatni, wiadomo - pomstują na przedłużające się remonty ulicy Krakowskiej i Dietla. Choć jestem dość wybrakowany i nadal tkwię w dużej części w ziemi, to snów słyszę ludzkie pogaduszki, cieszę się, że znowu ktoś o mnie mówi, że jestem ważny. Że ktoś o mnie pamięta.



Łucja Budzan


* Za to opowiadanie Łucja otrzymała I miejsce w konkursie literackim „Kraków – stare miasto” organizowanym przez Staromiejskie Centrum kultury w Krakowie.


Comments


Commenting on this post isn't available anymore. Contact the site owner for more info.

© The Nowodworek Times 2026 

All rights to graphics, articles and overall design of the website are reserved to The Nowodworek Times by I Liceum Ogólnokształcące im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie

bottom of page