Miłość w czasach choroby- recenzja filmu "Powrót do tamtych dni"
- Jun 24, 2022
- 3 min read
Miłość w czasach choroby
Sobotni, słoneczny poranek. Dochodzi dziesiąta, tymczasem nastoletni, przykryty niedbale narzuconą na siebie kołdrą chłopak wciąż śpi w najlepsze. Od momentu kiedy do zajmowanego przez niego pokoju wbiegnie i zbudzi go jego mama aż przez następne 25-30 minut, „Powrót do tamtych dni” będzie sprawiał wrażenie sielankowej retrospekcji, ukazującej nadzwyczajne miłości i przyjaźnie między kluczową 5 bohaterów, ekscytację coraz bardziej rozpropagowywaną modą lat 90., garściami czerpaną zza oceanu i - no właśnie – uczucia chłopca, odgrywanego przez debiutującego na ekranie Teodora Koziara, który z nieprzezwyciężoną tęsknotą czeka, aż jego ojciec, mieszkający chwilowo w opływających w bogactwa i przepych Stanach Zjednoczonych, w końcu ponownie postawi nogę na niemal przeludnionym, a z pewnością nieurokliwym wrocławskim osiedlu Szczepina. Sęk w tym, że właśnie to wydarzenie z ciepłego, wręcz familijnego filmu nagle zrobi kipiący nieustanną dramaturgią rodzinny dramat, ze sceny na scenę przeistaczający się w przeszywający do szpiku kości emocjonalny rollercoaster.
Pisząc o najnowszym filmie Konrada Aksinowicza, trzeba zaznaczyć, że wszystko to, co widzimy na kinowym ekranie, zostało zaczerpnięte z życia reżysera. Bo i oddany z niezwykłą precyzją i szczerością segment o nastoletniej miłości do koleżanki z klasy oraz codziennych osiedlowych wojażach trójki nierozłącznych przyjaciół z klasy i pozostała, ta mniej komfortowa do oglądania część traktującą o relacji protagonisty Tomka z ojcem, miały miejsce naprawdę. Nie trzeba się zatem przesadnie długo zastanawiać nad tym, co w tym obrazie tak niezwykle przyciąga, bo mimo wielu wspaniałych elementów, mnie „Powrót do tamtych dni” kupił przede wszystkim wiarygodnością – w dialogach, grze aktorskiej, skromnej scenografii i relacjach między bohaterami. Urzekają pełne troski liczne rady, polecenia i pytania matki (w tej roli Weronika Książkiewicz), która z właściwą sobie pieczołowitością dba o to, żeby jej synowi było na tym świecie jak najlepiej. Bawią do łez uwagi wymieniane przez trójkę chłopaków, tworzących paczkę zgranych kumpli i dzień w dzień (w towarzystwie trzepaków, nachodzących prawie na siebie w ogromnym skupisku bloków i osiedlowych sklepów) przeżywających kolejne fascynujące przygody. W końcu elektryzuje, wzrusza i przeraża dynamika relacji ojca Alka (wybitny Maciej Stuhr) z synem, przechodząca przez wszystkie stadia ekscytacji, oswajania się ze sobą, strachu, niedowierzania i, co najważniejsze, tkwiącej gdzieś głęboko w obu nich, ogromnej miłości.
Jednak oprócz scenariusza zaskakująco dobrze radzą sobie również w swoich rolach aktorzy. Zaskakująco, bo chociaż o talencie komediowo-obyczajowym Macieja Stuhra i Weroniki Książkiewicz zdążyłem się już nieraz przekonać, to nie przypuszczałem, że właśnie ta para zdoła również w tak sugestywnych detalach oddać narastający problem w zbudowanym - jak się z czasem okazuje - na słabych fundamentach, małżeństwie. Książkiewicz w sprawny sposób zmienia swoje nastroje i z emanującej radością oraz spokojem kobiety, szybko potrafi przemienić się w osobę cierpiącą wewnętrznie, niepewną jutra i przekonaną, że „jest najgorszą mamą na świecie”. Stuhr za to, z mężczyzny początkowo nieprzejawiającego żadnych oznak słabości i kryzysu, równie umiejętnie przemienia się w ojca, który choć bardzo chce kochać i opiekować się własnym synem, nie może ani na moment odstawić czyhającej na niego w każdym sklepie butelki wódki, przez co jego chęci zupełnie nie współgrają ze skutkami działań. Koziar natomiast, dopiero przecież wkraczający w świat polskiego filmu, pomimo widocznych, zapewne z powodu braku doświadczenia, braków aktorskich, dzięki odpowiedniej mimice i introwertycznemu nacechowaniu swojej postaci, również daje widzowi uwierzyć, iż sytuacja przedstawiona w filmie to dla jego rodziny, funkcjonującej wcześniej bez zarzutu, niepodważalny powód do rozłamu, a dla niego samego – ogromna tragedia, w trymiga niwecząca pragnienia i marzenia o szczęśliwym życiu u boku kochających się nawzajem rodziców.
Do zadowalającego całokształtu w odbiorze filmu dopisuje się także muzyka: kiedy wymaga tego sytuacja – pompatyczna i dynamiczna, a w innych przypadkach utrzymana w lekkim, jednostajnym i wesołym tonie. Ciekawa jest przy tym praca kamery, która na niewielkiej przestrzeni znajdującego się na 8 piętrze mieszkania jest wręcz nieustannie „przyklejona” do bohaterów, dzięki czemu pozwala śledzić ich krok w krok i na bieżąco analizować emocje, malujące się na ich twarzach w zasadzie w całej swojej rozpiętości.
„Powrót do tamtych dni” ma szczególną moc – udaje mu się bowiem kilka rzeczy naraz. Ani na chwilę nie przeciągając struny w wyrafinowany sposób balansuje między komedią, dramatem obyczajowym, a tragedią, łącząc w sobie tym samym śmiech, poczucie niepokoju, momentami strach, a jeszcze kiedy indziej rozdzierające wewnętrznie wzruszenie. Co jednak chyba najistotniejsze, zrywa z utartym już w kinie schematem, w którym na pierwszy plan wysunięte są trudności doskwierające jedynie samemu uzależnionemu, zaś jego bliscy i otoczenie sprowadzani są do mało znaczącego tła. Tu w centrum uwagi jest przecież nastoletni chłopak i jego ogromne i bardzo skomplikowane spektrum uczuć, niewyobrażalne zakłopotanie i ból, który w dużej dawce udziela się też widzowi. Swoją drogą - ból palący w gardle jeszcze długo po zakończeniu seansu.
Mikołaj Ługowski




Comments